O co chodzi z Katalonią – czyli oczami obcokrajowca mieszkającego w sercu Katalonii.

Piszę z sercem krwawiącym i ze łzami w oczach jak kraj, który stał się moim domem, właśnie rozspada się w kawałeczki. Najbardziej jednak boli mnie to, jak władza miłość okazuje krwawymi siniakami… ale do tego dojdziemy później.

O co chodzi z Katalonią i ich „Indepedencia”? 

Prawie każdy obcokrajowiec, który zakochuję się w Barcelonie, myśli że to całe zamieszanie o „wolność” ma sens, bo przecież jest piękne miasto co chce być wolne, to czemu nie! Czar jednak pryska przy pierwszym spotkaniu zagorzałego pro-indepedencia katalończyka (to taki co tylko odłączenie widzi za sens bytu). Oni to potrafią napieprzać na ten temat godzinami i generalnie kończy się na emocjonalnych argumentach „że jesteśmy inni i ty nigdy tego nie zrozumiesz”….Cóż, takie podejście jakoś nigdy do mnie nie przemiawiało i nie raz bardzo głośno mówiłam, że ta cała „wolność” to stek bzdur. Nie mniej jednak, aby mieć więcej argumentów dla tej tezy, uczestniczyłam w debatach, jak i zamęczałam bułę wyedukowanym ludziom za i przeciw, żeby zrozumieć problem dogłębnie. Podkreślenie edukacji jest ważne tutaj, bo ludzie na ulicy spotkani często nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie ” a czy wy kiedykolwiek byliście państwem?” zatem dysputy naprawdę sprowadzają się do poziomu „M jak miłość”

Trenowałam umysł parę lat i jako, że i episod związku z facetem z Madrytu miałam, temat nie raz poruszałam z ludźmi stamtąd. Przez pewien czas miałam jedno podsumowanie – Ci sami ludzie po dwóch stronach muru – tak samo się nie lubią, tak samo skaczą sobie do gardła. Ale…ale jest w tej historii jedno duże ALE  – „a kto to Katalonia i w ogóle o co im chodzi?”…

Historycznie biorąc pod uwagę, Katalonia bliższa Francji niż Hiszpani, czego przejawy można zauważyć w języku katalońskim. Od XVII wieku, księstwo Aragońskie (z którym mieli Unię) połączyło się z Kastylią i znaczenie Katalonii zaczęła być marginesowane (pojechałam tutaj mega skrótem, ale dla tych co więcej dat chcą i informacji, warto nawet zajrzeć na wikipedie). Wracając do tematu …od tej pory w większym lub mniejszym stopniu język i kultura katalońska będzie stłamszana. Wybuchnie parę krwawych powstań, za każdnym razem będą stłumione z licznymi ofiarami śmiertylnymi. Najlepsze jaja dla nich zaczynają się jednak, za czasów wspaniałego generała Franciszka Franco (a propo, to jego rodzice mieli jednak poczucie humoru z doborem imienia…). Ten mały hitlerek wybił do 400 tyś ludzi tylko i wyłącznie, aby spełnić swoje marzenie o „jedności narodu”….narodu, który tak naprawdę był skupiskiem kilku nacji, z różnymi językami i kulturami….Katalonia krwawiła, język był zakazany a religia na siłę wpychana. W każdej rodzinie katalońskiej pozostała rana po tamych czasach, gdzie jakieś zamordowany członek rodziny się trafił. Trochę tak jak u nas po Hitlerze czy Stalinie, choć co prawda u nas więcej ludzi zostało wymordowanych, no ale tutaj nie konkurs na liczbę grobów.

Po dziesięcioleciach przyszła kolej na demokrację i układziki, na których Katalonia ruchana była i to nie raz (kolejny skrót historyczny, bo jak i ile razy została wydupczona to można śmiało książkę pisać, warto również pogrzebać po żródłach). Co do najnowszej historii – Od pięciu lat obiecywane były jak i fundusze, jak i większe autonomiczne prawa (nawet dokumenty były podpisane), ale że oni to się stawiają tylko poprzez wyjście na ulicę, pośpiewanie piosenek i opatulenie się we własne flagi – byli ignorowani.

Ja ich też ignorowałam, bo jak brać kogoś na poważnie kto wygląda na nacjonalistę bez argumentów podstawowych odnośnie ekonomii, członkowstwa w Uni Europiejskiej czy też prostego pytania czy w ogóle Katalończycy chcą być odłoczeni. Rodziny są tutaj mieszane, i tak np. ojciec mego faceta, sercem, duszą i dna jest od tych, co kochają krew byków i słowo „indepedecia” powoduje u nich co najmniej ciężką alergie. W kataloni jest wiele takich rodzin, podzielonych tak jak w Polsce na tych co za Kaczorem i przeciw…

Mój światopogląd jednak zaczął trochę przecierać oczy, kiedy nierówne traktowanie zaczeło i mnie dotykać. W sporcie wyczynowym, jeśli jesteś z Katalonii i nie jesteś ze sportów takich jak piłka nożna, to śmiało możesz pocałować kogo chcesz w dupę, bo ani trenerów ani kasy nie zobaczysz. To była pierwsza pobudka, druga niestety zaczeła narastać jak premier wszystkich, umniejszał ludziom protestującym na ulicy. Tak jak w Polsce – wychodzą tysiące a rząd napierdala, że spacerowicze…Jedyna różnica taka, że w Polsce rząd boi się tłumu…tutaj wysyła się na nich pro-militarną policję. I tak własnie dojeżdżamy do tematu ich referendum. Od lat piłują i od lat są ignorowani i prawa o zadecydowaniu o własnym losie nie mają. Problem jest, że jak ktoś im da dojść do głosu, to staną się wzorem dla innych regionów, które też mają w dupie Hiszpanie.

I tak od lat Katalończycy bawią się w referendum, które jako że nie zgodne z konstytucją, na poważnie nie jest brane… W tym roku jednak, rząd kataloński mniej podzielony niż wcześniej, bystrze wymyślił, jak obejść prawo i ustanowić samozwańcze Państwo, jeśli tak lud wybierze w referendum….No i tutaj zaczyna się nieudolna polityka, zakompleksionego Rajoya, który wysyła policję do pałowania, zabierania urn, kart do głosowania, blokowania miejsc gdzie takie referendum mogłoby się wydarzyć…bo przecież jak nie damy im zagłosować, to sprawy nigdy nie było, czyż nieprawda? No nic tylko siedzieć i podziwiać, że komunistyczne gierki są jeszcze wykorzystywane w XXI wieku…

Dziś wysłuchałam, co król o całej tej sprawie miał do powiedzenia…no cóż co miał powiedzieć? Że sorry, że wam babcie napierdalamy i lubimy skakać ludziom po głowach jak mają recę w górze? Pogadał o okropnym postępowaniu wyrodnych katalończyków, których nawołuje do jedności. Bo przecież warto tkwić w związku, w którym mąż Cie okłada, bo przecież ważne że On Ciebie w ogóle chce w tym małżenstwie, co nie?….

Pomimo, że kataloński jest paskudnym językiem i pomimo, że większość ludzi nie bardzo kuma co oznacza odłączenie i że biede bedziemy klepać wszyscy razem, a podatki na jednoosobowe firmy będą jeszcze większe…dziś możecie nazywać mnie „Independista”, bo jak nigdy czuję ból tych zakrwawionych babć, które płaczą na ulicach….naszych ulicach.

Reklamy

Życie na emigracji – czyli o przyjaźniach

Powoli zaczynam przenosić energię i wenę na angielską wersję mojego bloga – www.behindthelippi.wordpress.com, choć wiem że polscy zaglądacze nie będą pocieszeni.

Ale ok, żeby nie było, że taka paskuda jestem, niech i coś po polsku skapnie. A więc co mi ostatnio leży na wątrobie….ufff sporo tego się nazbierało, bo generalnie jestem w dołku emigranta. Choć czasem jeden dzień odmienia stan całkowicie i z mega emocjonalnego doła wskakuje na wyżyny super samopoczucia. Nie mniej jednak życie na odległość ma swoje negatywne skutki, takie jak przyjaźnie, bo nie ma co ukrywać – relacje wymagają czasu. Są też innej jakości i formy, bo jak za dzieciaka się nazbierało przyjaciół z którymi nieprzerwanie, pomimo upływu czasu można pogadać o pupie, pieczeniu, nowych technikach powiększaniach rodziny albo tak po prostu o błahych sprawach, tak za granicą człowiek się uczy, że przyjaciele się dzielą. Na takich co za-imprezują, takich co na kawę pójdą a tematy nie przekroczą żadnych tabu, i na takich co są tematycznie z tobą powiązani miejscem pracy.

Najbardziej boli i chyba boli to o wiele silniej niż w Polsce, kiedy odkrywasz że wysiłek włożony w relacje jest tyle wart co wczorajsza kawa – była, minęła. Ciężko o wspólne tematy na większej liczbie płaszczyzn więc jak ktoś się znajdzie, to człowiek się gimnastykuje aby taką znajomość za wszelką cenę utrzymać…..no właśnie ale jak to się mówię, że to tanga trzeba dwojga i skoro druga strona, twoją osobę traktuję jak daleką ciotkę, z którą wypada pogadać żeby niebyło, aniżeli jak przyjaciela jakim sobie wyobrażać…idealizujesz.

Cóż ludzie się podobno zmieniają, choć chyba prawda jest bardziej bliższa, że zmieniają się oczy…bo albo klapki się ma i się nagina rzeczywistość, albo nagle opadają i widzi się prawdę, taką na golasa. I jak moje przemyślenia z jakieś 2 lata temu były, że lepiej energię z byle jakich partnerów przerzucić na przyjaciela to tak stwierdzam, że zamiast tracić jakąkolwiek energię, człowiek powinien pomyśleć o sobie, nie angażować się tam, gdzie Cię wcale go nie chcą i nie dawać z siebie tak wiele, myśląc że ktoś się nagle przebudzi i zrozumie. Po co potem odchorowywać i zarywać noce przez potok łez…nie warte tego.

different-points-of-view

zdjęcia:http://jesusgilhernandez.com/2013/12/23/taking-opposite-points-of-view/

Przesiębiorca – czyli jak zrezygnować z 8 godzin pracy na rzecz 15-stu…

Wstaję o 8.30, po 10 minutach kręcenia się po domu wychodzę z włochatymi, które każdego poranka witają mnie jakby z 2 tygodnie mnie nie widziały. Następne kroki kieruję ku parkowi i tam spędzę kolejne 40-50 minut na zabawianiu swoich pociech. Wracam do domu, śniadanie, kawka i do pracy! Zero czasu poświęconego na korki, na poranne makijaże, na przeciskanie się w metrze, aby choć na chwilę posadzić swój tyłek na miejscu siedzącym. Przerwy ustalone są według moich potrzeb, nikt się nie czepia ani mojego wyglądu ani makijażu, ba! nawet nie muszę starać się być lubiana w biurze, bo psy i tak mnie kochają a reszta mebli w domu jakby obojętna na stany emocjonalne. Praca marzenie! No może oprócz dochodu stałego, a raczej jego braku, no ale wszystko w swoim czasie. Aaaa i jest jeszcze jedno ale…..

Jak żaliłam się nie raz, ja do korporacji się nie nadaję, bo nie umiem mielić złożoności kto komu, kto z kim jada a kto inny przyjaźni się z żoną brata prezesa. Do tego nie mogę znieść marnowania czasu i tego wiecznego mówienia tego co od nas chcą usłyszeć a nie to co chcemy powiedzieć. Jak mi jedna przyjaciółka sprzedała podział ludzi, to ciężko z nią się nie zgodzić…a więc ludzie się dzielą na tych co jak im w pracy każą palec w pupę włożyć, to włożą i jeszcze się uśmiechną i pochwalą jak to wygodnie z tym palcem w pupie chodzić. Na drugim końcu skali są Ci co nie chcą czy też nie potrafią podłożyć się pod czyjeś polecenia i na klatę biorą ryzyko pomieszane z odpowiedzialnością. Tak, przyznaję mi sam pomysł ubrudzenia palca wydaję się awykonalny a co dopiero wepchania go tu czy tam. Zatem korpo nie dla mnie, ja się duszę, pracodawcy zawiedzeni, produktywność może i jest, ale moje morale leżą na dnie i płaczą. Cóż każdy jest inny, ja nie umiem płynąć z nurtem rzeki więc wybieram ścieżkę wojownika samozatrudniającego się.

Jak wspominałam jest parę ale, i jeśli rozmyślasz czy bycie przedsiębiorcą jest dla Ciebie, weź parę punktów pod uwagę…

1. Stres – tak, tak stres nie kończy się wraz z opuszczeniem murów korporacji. Bycie własnym kapitanem manewruje Cię na oceany stresu, od przyziemnych rzeczy pod tytułem płynność finansowa, po bardziej emocjonalne jak ciągła weryfikacja własnego ukochanego pomysłu. Biznes to biznes, i musi się zmieniać i ewaluować, więc być gotowy na zmiany kursów musisz być ciągle. A co do stresu finansowego, to chyba największy jest, bo nikt pierwszego na konto nie wpłaci, opłacając ubezpieczenie zdrowotne przy okazji. Jeśli nie wygenerujesz dochodu, bądź jeśli nie masz inwestora który pokrywa pierwszy okres bez-finansowy, nadzianego starego bądź chociażby sporych oszczędności to dupa…zęby w ścianę i dieta bez-jedzeniowa.

2. Napięcia w związku – jeśli myślisz, że nerwowy przychodzisz po pracy i kłótnie które wszczynasz to przez tą paskudną korporację i że wraz z otworzeniem własnego biznesu, związek będzie się pięknie rozkwitał niczym pączek stokrotek na wiosnę….No to się grubo mylisz! Jak w biurze wkurzał Cię ten czy tamten, a rozładowanie to wybuch złości na bliską osobę to bycie przedsiębiorcą to ciągłe spięcie i praca po 15 godzin dziennie, co daje powodów na wylewanie frustracji nieprzerwalnie. Jeśli związek nie jest twardy i elastyczny to może nie przetrwać karuzeli jaką doświadczysz będąc na swoim. Przestaniesz rozróżniać dni tygodnia, bo czy to sobota czy środa dzień pracy jest taki sam. A wpadanie na dobre pomysły o 4 nad ranem, staną się częścią twojej codzienności. Nie wielu partnerów jest, którzy mogą wziąć taki styl życia na siebie. Bo oprócz stresów o własny produkt, możesz być pewien, że dorzucisz stres o własną przyszłość, każdy dzień to walka którą trzeba stoczyć w pocie czoła, a która nie wróży jednoznacznego zwycięstwa. Jedyne co odpada to głupi szef, bo szefem jesteś ty.

3. Godziny pracy – niech bycie własnym szefem Cię nie zmyli, bo jeśli myślisz że własny biznes da Ci więcej czasu na życie poza pracą, to znów się mylisz. Jako, że zaczniesz pracować na własny rachunek a nie na jakiegoś prezesa gdzieś na Karaibach siedzącegom i pijącego drinki z parasolką, wszystko co robisz będzie miało inną wartość. Będzie namacalne i łatwo zauważalne, jeśli coś nie jest zrobione, to znaczy że ty tego nie zrobiłeś a nie Kowalski z innego działu. Co prawda nikt Ci wyrzutów nie będzie robił za spóźnienie czy opuszczenie miejsca pracy przed 18-stą, to bądź pewien że dzień pracujący rozleje się na każdy inny dzień i na każdą inna porę. W imię zrezygnowania z 40 godzin pracy tygodniowo, weźmiesz z pełną satysfakcją 80-godzinny system.

4. Stosunki międzyludzkie – jeśli szczęściarzem jesteś i masz rodzinę aktywną to może jest szansa na życie po za pracą. Ale jeśli masz np. partnera który wyjeżdża na kilka dni w tygodniu, każdego tygodnia – to zauważysz, że nie rozmawianie z ludźmi może, a co może nieść mały uszczerbek na twojej psychice. Jeśli nie musisz się do wychodzenia z domu i próbowania poznawania jakiś nowych znajomych, to bądź pewien że zaczniesz przemieniać się w cień człowieka, który dla rozrywki prowadzi rozmowę z lustrem….

Bycie właścicielem firmy, namacalnie tworzyć jakąś wartość dodatnią, jest niesamowicie satysfakcjonujące. Samorealizacja i radość z sukcesów pokrywa te chwilę niepewności. Ale bycie przedsiębiorcą to styl bycia a nie profesja.

 

aaa zapomniałam wspomnieć…nowy blog właśnie powstał, mniej czytania, więcej obrazków i więcej jubilerstwa niż randek 🙂

http://www.mylippi.com/jewelry-blog/

 

#entrepreneurfail A Day in the LIfe of

źródło zdjęcia:http://www.entrepreneurfail.com/2013/12/a-day-in-life-of-corporate-vs-startup.html

Bo duże to nowe małe – czyli kulturowa konfrontacja z wielkim jabłkiem

No pięknie…jeden wpis na dwa tygodnie. Wstyd i żenada, ale co zrobić jak doba ma tylko 24h a rzeczy do ogarnięcia kilogramy. Pierwsza na rożen idzie kampania na kickstarterze (www.mylippi.com/o/kp) gdzie wcielamy się w aktorów, operatorów kamer, edytorów, sprzątaczki i co tylko można jeszcze tam dorzucić, dla celu jednego – uzbierania funduszy na otworcie galerii z warsztatem w Barcelonie i pchnięcia Lippi na międzynarodowe rynki.

Druga przygoda, która nie ułatwia w znajdowaniu czasu na pisanie to…USA :). Właśnie siedzę na kanapie na Long Island niedaleko Nowego Jorku, zajadając się przepyszną świeżą kukurydzą a przy okazję poznając rodzinę mego lubego. Muszę przyznać, że czuję się bardzo rodzinnie tutaj i bardzo mnie cieszą dyskusje przy stole, gdzie zderzają się 3 pokolenia. Warto nadmienić, że babcia ma…89 lat i zapieprza! Gotuje, sprząta, prowadzi samochód, generalnie robi wszystko, do tego jest bystra i wszystko pamięta. 89 lat…nosz ona młodziej się zachowuje i wygląda od mojej 60-paro letniej mamy….

No ale wracając do Nowego Jorku – miejsce trochę surrealistyczne, gdzie małe jest ogromne, modne jest nudne a cukier sypią nawet na kiełbasę. Przyznaję można znaleźć tutaj wszystko, totalnie wszystko, nie mniej jednak jak se wegan jedzie do krainy taniego hamburgera, musi wziąć na klatę ceny wyższe, bo przecież warzywa z mięsem są tańsze od tych samych warzyw, tylko że bez mięsa….Można zjeść zdrowo i mało kalorycznie, ale z kaski wyskoczyć trzeba. Druga sprawa to otwartość ludzi, choć zalatuje mi tutaj straszną samotnością. To jest pewne, że ogólny poziom kultury i uprzejmości jest fiu fiu bardzo do przodu, jednakże przedarcie się przez te kilogramy trochę wymuszonej grzeczności jest ciężko. Mam wrażenie, że nawet rodziny nie są szczere do siebie czy otwarte, są po prostu miłe.

Następnym szokiem kulturowym to rozmiary, nie wiem z czego do wynika, ale duże nabiera tutaj zupełnie innego znaczenia. Każdy ma samochód terenowy, choć z tego co zauważyłam za dużo górzystego terenu na Manhattanie to nie ma. Co do otyłości, którą wzięłam sobie za zadanie zweryfikować – jest lepiej niż mi się wydawało. Oczywiście bardzo otyłych jest sporo, ale taka średnia mediana jest lepsza niż w Anglii, gdzie pianki Michelina są na każdym rogu. Wszystko jest tutaj większe, słodsze, w większej ilości wyboru i w bardziej oczojebnych kolorach. Jak zobaczyłam „Świeży, zdrowy i naturalny” smoothies który miał….1500 kcal to mi ręce opadły. No bo przecież owocowy smoothies z masłem orzechowym to jest dokładnie to co człowiek potrzebuje…do picia, aby być zdrowym. Wybór jest bo nawet muffiny wegańskie na mleku sojowym znalazłam. Więc tragedii nie ma…jest za to z modą.

Trochę mi zajęło ogarnięcie o co chodzi nowojorczykom z ubraniami do biegania…Każdy wygląda jakby właśnie miał iść wypalić ten tłuszczyk na jakieś bieżni czy też innym urządzeniu fizycznych tortur, w końcu termoizolacyjne ubrania w parzę z profesjonalnymi butami do joggingu nie są krzykiem mody miejskiej…a jednak! Bardzo modnie jest wyglądać fit w dosłownym tego słowa znaczeniu, i tak oto w dresiku fintessowym zasuwać po hamburgera i nie daj boże jakieś aktywności fizyczne w nim robić. No nic, zostawmy tych sportowych zapaleńców a weźmy na werandę high fashion….No i tutaj rozczarowanie wielkie! Ja to się spodziewałam dziewczyn w stylu Macademian Girl na każdej ulicy, a tu dupa! Wszyscy w szarych kolorach i wygodnych butach. Schludnie, bez większych wpadek ale strasznie NUDNIE!!! Gdzie jest moda????! Inspiracje?!?!? Tragedia! Jak Ci ludzie mogą być tacy byle jacy, jak mają dostęp do tylu marek, takiej jakości i do tego tak wielkich upustów! Przecież to zbrodnia w biały dzień!  Ehhh no nic, może jeszcze się uda, bo przed nami jeszcze Washington, gdzie doświadczę prawdziwego amerykańskiego wesela. Za dużo oczekiwać to nie ma co, bo impreza skończyć się ma o…20-stej. No comment, pożyjemy zobaczymy.

No dobra, pora wracać do roboty i promować Lippi! Skrobnijcie i przekażcie dalej nasz projekcik 🙂 www.mylippi.com/o/kp, wspólnymi siłami do celu.

źródło zdjęcia: http://tokyonancysnow.com/tag/american-culture-decline-in-japan/

american-culture-statuefat-liberty

Czy muszę sobie coś udowadniać? – czyli dylematy na obczyźnie

Miarka mi się właśnie przelewa, żeby nie wrzasnąć że mam po dziury w nosie pewnych aspektów bycia emigrantem. Zaczynając od pozytywnych rzeczy, żeby tak od razu grubo z rury nie walnąć jest wiele pozytywów, jakie daje obcy kraj. Masz jak w banku dozę nowych doświadczeń, wzywań i mnóstwo wiedzy o życiu poza społeczną hermetyczną bańką jakim jest kraj płynący marudzeniem. A więc kwestia słodzenia za nami, zatem przyjrzyjmy się byciu tu a nie pośród swoich i to naprawdę nie do jakiegoś specyficznego kraju pieję, bardziej chcę opisać doświadczenia obcokrajowca.

Kwestia języka – a więc wkurwia mnie, żeby podkreślić jak bardzo mam dość oceniania człowieka przez pryzmat języka i to nie ojczystego. Przykład z podwórka, zatrudniałam się jako expert techniczny bycia profesjonalnym spamerem, a zbieram takie cięgi za umiejętności copywriter-skie i to jeszcze na temat technologii opartej na cloud computing…. No przepraszam bardzo, ale filologii angielskiej nie kończyłam i w życiu kontent-u nie pisałam, oprócz może mojej niepoprawnej polszczyzny wylewanej na tego bloga. Wiem, że podział dyscypliny jakiej jest marketing nie zawsze jest akceptowany przez firmy, ale umówmy się copywriter nie oznacza dobrego marketingowca, marketingowiec nie musi się zadręczać o poprawną składnie bo ma od tego, cholera mać tego co pisze teksty. Zatem dlaczego obrywam za coś co nie jest moją kompetencją, a no dlatego że to właśnie te kwiatuszki zbierane z łączki “emigracja- blaski i cienie”.

Kwestia udowodnienia sobie – a no właśnie, każda porażka na obczyźnie smakuje dwa razy gorzej niż na rodzimym polu. Jeśli tutaj coś się podwinie, z nie wiadomych przyczyn w głowie takich oto jak ja i innych wyskakuje tabliczka “LOSER” i to pisana po angielsku, żeby jeszcze bardziej podkreślić posiadany ciężar na ramionach. Czego się tak naprawdę bać? A no jak zawsze społecznego gówna wylanego na głowę, czy to w postaci rodziny czy znajomych a wszystko w deseń “ ooo, zobacz, taka cwana wyjechała i jej się nie powiodło”. A teraz sprostowanie tego wyobrażenia…Ta kwestia jest tylko w głowie emigranta, no i może u dwóch żuli pod sklepem. Dla reszty wyjazd, ciężka praca w zawodzie i ba! nawet awansowanie to oznaka pewnego sukcesu. Więc czemu zadręczamy się tymi wyobrażeniami, że jak tylko posiadana stopa pojawi się na granicy Republiki Polskiej to wszyscy przybiegną ze wskazującym palcem aby pojechać nam po rajtach?….

Kwestia pieniędzy – no tu za dużo nie ma co się rozpisywać, bo negatywów zbyt wielu nie ma, bo czym się zadręczać jak się dostaje z 3 razy więcej za taką samą pracę, którą się wykonywało w kraju. Warto zauważyć malutki szczegół odnośnie cen, które na podobnym poziomie są….Tego obalić się nie da i mam wrażenie, że głównie to stanowi tą betonową kulę u nogi, która nie pozwala na powrót do kraju. No bo że niby „Adios” tuszom Chanel bym miała powiedzieć? Nigdy!

Kwestia pogody – ok, nie ma co wkurzać polskich czytelników, bo prawie wszędzie (prawie odnosi się do południowej części Europy) jest cieplej i z większą dawką słońca.

Kwestia inności – tak bardzo szczerze, to przyjemnie być o wiele bardziej egzotycznym niż reszta mieszkańców. Nie owijając w bawełnę Polski poziom atrakcyjności babeczek jest wyśmienicie doceniany przez męską część kraju zamieszkiwanego. Będąc na piedestale ciężko byłoby wrócić z powrotem do poziomu “wyższa średnia”. Tu z łatwością można wyrwać modeli (tak a propos zostawię sobie zdjęcie dla wnuków, bo na słowo mogą mi nie uwierzyć), można również wyrwać właścicieli koncernów, artystów wszelakich wraz z aktorami …no generalnie tylko chęć potrzebna na zaakceptowanie tego zainteresowania. No a w Polsce??? No tysiące i to jeszcze z większymi cyckami, no to jak? Oczywiście ten podpunkt prozaicznie próżny jest, ale że jak walimy prosto z mostu to na liście się znalazł, bez dyskusji.

Kwestia rozmaitości – poznawanie ludzi z całego świata i pojmowanie życia przez pryzmaty inne niż własne-wychowane jest uzależniające…No jak nie być otoczonym takim misz-maszem kultur i przywarów wraz z cechami niesamowicie pozytywnymi?

Kwestia związków trwały – jedno zdanie podsumowujące jakim bym określiła realia związków w kraju nie własnym – “tymczasowe skupienie się na przyjemności”….i to u każdej strony.

Kwestia dzieci – pomimo że ich nie posiadam ten motyw trzyma mnie bardzo mocno z daleka od ojczyzny. Uważam, że to niesprawiedliwe że nasza rozpoznawalność na arenie międzynarodowej jest wciąż taka niska. Nie ma co się okłamywać, że tak samo utalentowane dziecko i to nie ważne czy w sporcie czy w nauce będzie miało równy start z bez różnicy z jakiego kraju pochodzi… No szczerze, gdybym była Niemkom z takimi samymi ambicjami i zaparciem to jeździłabym teraz mercedesem i to nie kradzionym. Dziecko startujące z kraju nie pochodzenia rodziców ma jeszcze jeden plus, a mianowicie język. Możliwość mówienia kilkoma naraz jest utrapieniem na początku, potem daje niesamowicie wymierne korzyści.

Podsumowując – jak zawsze człowiek rozdarty jest jak te stare, sprane gacie – ni w tą ni w tamtą. Ja chyba po prostu nie wiem, nie mam pojęcia i nie ogarniam.

Image

źródło zdjęcia: http://www.students.pl/kultura/details/52734/Na-dobry-poczatek-recenzja-spektaklu-Emigranci

 

Pojęcie dom – czyli dola ekspata

  Czym dłużej człowiek oderwany jest od korzeni własnego pochodzenia tym pojęcie „dom” staje się bardziej skomplikowane i kłopotliwe. Czym tak naprawdę jest to 3 literowe słowo, które niczym wielki worek bez dna jest wstanie zmieścić tysiące definicji. Czy domem staję się posiadanie fizycznych ścian, które są na kredyt ale dają to poczucie własności. Obowiązek wpłaty każdego miesiąca sporej górki z oprocentowaniem nawet jeszcze bardziej daje do zrozumienia, że mieszkanie jest własnością z pełnymi obowiązkami. Ale mieszkając za granicą i to w kraju gdzie rudery kosztują setki tysiące euro, nie ma przecież miejsca na pomysł kupna nieruchomości. Chyba, że niespodziewanie jakiś milion się trafi z jakieś loterii, w której nawet jakoś za bardzo nie bierzemy udziału… Abstrahując od fantazji, a przyglądając się tematowi bliżej, zadaję sobie pytanie czy fizyczne mury potrafią dać poczucie domu?

  Może wcale nie chodzi o te namacalne konstrukcję, ale o miejsce, które jest wyrażone w ludziach i społeczeństwie. Wydaję mi się, że jeśli jest się częścią jakieś mniejszej grupy to poczucie przynależności i więzi daje ten spokój wraz z bezpieczeństwem. Tak stan oczywistości, przewidywalności i odczucia integralności ze światem zewnętrznym. No tak, ale będąc zawsze jakimś ekspatem, nawet jeśli przyjaciół w nowym kraju zyskujemy występuje stan tymczasowości. Bo wpada się tak na chwilę, nawet jeśli ta chwila pochłonie kilka lat, pracuję się, cieszy się życiem i…no właśnie – posiada się wrażenie bycia tylko obserwatorem tego całego „ichniejszego” świata. Wydaję mi się, że jeśli nie ma się jakieś rodziny w postaci chłopaka/dziewczyny z danego kraju, to trudno się zaadaptować tak samemu. Trudno znaleźć własną ostoję to tajemnicze domowe ognisko, które pod ciężarem czasu nabiera innego wymiaru niż to zaobserwowane za młodu.

  Dom za dzieciaka był miejscem na złapanie kanapki w przerwie zabaw i ganiania po podwórku. Takie miejsce dla wyspania się i nabrania sił na dalsze przygody dnia kolejnego, taki prawdziwy schron. Mi chyba słowo dom kojarzy się ze świętami, spędzeniem wspólnych chwil z bliskimi, dzielenie się tradycją i miłością. Uśmiechów i wiecznego pośpiechu a potem stołu pełnego jedzenia, tak że nikt nie jest wstanie tego przejeść i jeszcze tego zapachu nierozpakowanych prezentów. Ale co w sytuacji nie posiadania rodzinnych świąt? Co jeśli święta wcale nie są szczęściem? Czym wtedy jest dom?

  Może dom to stan umysłu, to miejsce gdzie my sami odnajdujemy spokój i miłość do siebie samych. To takie poczucie troszczenia się o własne dobro, taka strefa bezpieczeństwa, którą zarządzamy sami. Może dom jest tam, gdzie jest nasze serce i uczucie? W takim razie wydawać by się mogło, że to po prostu wiara, którą nosimy w sobie. Nie tam określona i przyklejona do jakieś religii, ale raczej chodzi o taki spokój ducha. Taką harmonię z sobą i z tym co się dzieje jak i wewnątrz ja i zewnątrz. Ale czy na pewno to znaczy dom, czy może po prostu szczęście które jest zjawiskiem toczącym się na drugim torze. Oba się nie wykluczają, ale chyba są dwoma tematami.

  Posiadając tylko plecak, skacząc z miejsca na miejsca na swojej podróżniczej drodze, ludzie napotkani są tylko towarzyszami chwilowej drogi. Fizyczne schrony są tylko tymczasowymi meblami dającej wygodny sen. Święta są tylko w góry ustalonymi datami, które i tak nic nie wnoszą i często są pomijane ze względów logistycznych. A serce i tak fizycznie nierozerwalnie jest z nami, tak z biologicznego punktu widzenia. Zatem wniosek jeden, że dom to jakiś wymysł niejasnej instrukcji przerwanej w połowie i zagubionej pomiędzy nowymi miejscami i kulturami. 

Image

 

źródło zdjęcia: http://www.tammyraecarland.com/archivefeelings.html