O co chodzi z Katalonią – czyli oczami obcokrajowca mieszkającego w sercu Katalonii.

Piszę z sercem krwawiącym i ze łzami w oczach jak kraj, który stał się moim domem, właśnie rozspada się w kawałeczki. Najbardziej jednak boli mnie to, jak władza miłość okazuje krwawymi siniakami… ale do tego dojdziemy później.

O co chodzi z Katalonią i ich „Indepedencia”? 

Prawie każdy obcokrajowiec, który zakochuję się w Barcelonie, myśli że to całe zamieszanie o „wolność” ma sens, bo przecież jest piękne miasto co chce być wolne, to czemu nie! Czar jednak pryska przy pierwszym spotkaniu zagorzałego pro-indepedencia katalończyka (to taki co tylko odłączenie widzi za sens bytu). Oni to potrafią napieprzać na ten temat godzinami i generalnie kończy się na emocjonalnych argumentach „że jesteśmy inni i ty nigdy tego nie zrozumiesz”….Cóż, takie podejście jakoś nigdy do mnie nie przemiawiało i nie raz bardzo głośno mówiłam, że ta cała „wolność” to stek bzdur. Nie mniej jednak, aby mieć więcej argumentów dla tej tezy, uczestniczyłam w debatach, jak i zamęczałam bułę wyedukowanym ludziom za i przeciw, żeby zrozumieć problem dogłębnie. Podkreślenie edukacji jest ważne tutaj, bo ludzie na ulicy spotkani często nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie ” a czy wy kiedykolwiek byliście państwem?” zatem dysputy naprawdę sprowadzają się do poziomu „M jak miłość”

Trenowałam umysł parę lat i jako, że i episod związku z facetem z Madrytu miałam, temat nie raz poruszałam z ludźmi stamtąd. Przez pewien czas miałam jedno podsumowanie – Ci sami ludzie po dwóch stronach muru – tak samo się nie lubią, tak samo skaczą sobie do gardła. Ale…ale jest w tej historii jedno duże ALE  – „a kto to Katalonia i w ogóle o co im chodzi?”…

Historycznie biorąc pod uwagę, Katalonia bliższa Francji niż Hiszpani, czego przejawy można zauważyć w języku katalońskim. Od XVII wieku, księstwo Aragońskie (z którym mieli Unię) połączyło się z Kastylią i znaczenie Katalonii zaczęła być marginesowane (pojechałam tutaj mega skrótem, ale dla tych co więcej dat chcą i informacji, warto nawet zajrzeć na wikipedie). Wracając do tematu …od tej pory w większym lub mniejszym stopniu język i kultura katalońska będzie stłamszana. Wybuchnie parę krwawych powstań, za każdnym razem będą stłumione z licznymi ofiarami śmiertylnymi. Najlepsze jaja dla nich zaczynają się jednak, za czasów wspaniałego generała Franciszka Franco (a propo, to jego rodzice mieli jednak poczucie humoru z doborem imienia…). Ten mały hitlerek wybił do 400 tyś ludzi tylko i wyłącznie, aby spełnić swoje marzenie o „jedności narodu”….narodu, który tak naprawdę był skupiskiem kilku nacji, z różnymi językami i kulturami….Katalonia krwawiła, język był zakazany a religia na siłę wpychana. W każdej rodzinie katalońskiej pozostała rana po tamych czasach, gdzie jakieś zamordowany członek rodziny się trafił. Trochę tak jak u nas po Hitlerze czy Stalinie, choć co prawda u nas więcej ludzi zostało wymordowanych, no ale tutaj nie konkurs na liczbę grobów.

Po dziesięcioleciach przyszła kolej na demokrację i układziki, na których Katalonia ruchana była i to nie raz (kolejny skrót historyczny, bo jak i ile razy została wydupczona to można śmiało książkę pisać, warto również pogrzebać po żródłach). Co do najnowszej historii – Od pięciu lat obiecywane były jak i fundusze, jak i większe autonomiczne prawa (nawet dokumenty były podpisane), ale że oni to się stawiają tylko poprzez wyjście na ulicę, pośpiewanie piosenek i opatulenie się we własne flagi – byli ignorowani.

Ja ich też ignorowałam, bo jak brać kogoś na poważnie kto wygląda na nacjonalistę bez argumentów podstawowych odnośnie ekonomii, członkowstwa w Uni Europiejskiej czy też prostego pytania czy w ogóle Katalończycy chcą być odłoczeni. Rodziny są tutaj mieszane, i tak np. ojciec mego faceta, sercem, duszą i dna jest od tych, co kochają krew byków i słowo „indepedecia” powoduje u nich co najmniej ciężką alergie. W kataloni jest wiele takich rodzin, podzielonych tak jak w Polsce na tych co za Kaczorem i przeciw…

Mój światopogląd jednak zaczął trochę przecierać oczy, kiedy nierówne traktowanie zaczeło i mnie dotykać. W sporcie wyczynowym, jeśli jesteś z Katalonii i nie jesteś ze sportów takich jak piłka nożna, to śmiało możesz pocałować kogo chcesz w dupę, bo ani trenerów ani kasy nie zobaczysz. To była pierwsza pobudka, druga niestety zaczeła narastać jak premier wszystkich, umniejszał ludziom protestującym na ulicy. Tak jak w Polsce – wychodzą tysiące a rząd napierdala, że spacerowicze…Jedyna różnica taka, że w Polsce rząd boi się tłumu…tutaj wysyła się na nich pro-militarną policję. I tak własnie dojeżdżamy do tematu ich referendum. Od lat piłują i od lat są ignorowani i prawa o zadecydowaniu o własnym losie nie mają. Problem jest, że jak ktoś im da dojść do głosu, to staną się wzorem dla innych regionów, które też mają w dupie Hiszpanie.

I tak od lat Katalończycy bawią się w referendum, które jako że nie zgodne z konstytucją, na poważnie nie jest brane… W tym roku jednak, rząd kataloński mniej podzielony niż wcześniej, bystrze wymyślił, jak obejść prawo i ustanowić samozwańcze Państwo, jeśli tak lud wybierze w referendum….No i tutaj zaczyna się nieudolna polityka, zakompleksionego Rajoya, który wysyła policję do pałowania, zabierania urn, kart do głosowania, blokowania miejsc gdzie takie referendum mogłoby się wydarzyć…bo przecież jak nie damy im zagłosować, to sprawy nigdy nie było, czyż nieprawda? No nic tylko siedzieć i podziwiać, że komunistyczne gierki są jeszcze wykorzystywane w XXI wieku…

Dziś wysłuchałam, co król o całej tej sprawie miał do powiedzenia…no cóż co miał powiedzieć? Że sorry, że wam babcie napierdalamy i lubimy skakać ludziom po głowach jak mają recę w górze? Pogadał o okropnym postępowaniu wyrodnych katalończyków, których nawołuje do jedności. Bo przecież warto tkwić w związku, w którym mąż Cie okłada, bo przecież ważne że On Ciebie w ogóle chce w tym małżenstwie, co nie?….

Pomimo, że kataloński jest paskudnym językiem i pomimo, że większość ludzi nie bardzo kuma co oznacza odłączenie i że biede bedziemy klepać wszyscy razem, a podatki na jednoosobowe firmy będą jeszcze większe…dziś możecie nazywać mnie „Independista”, bo jak nigdy czuję ból tych zakrwawionych babć, które płaczą na ulicach….naszych ulicach.

Reklamy

Przewodnik po Katalończykach – czyli związki z południowcami

Mieszkając prawie 7 lat w kraju Gaudiego myślałam, że odkryłam już wszystkie różnice kulturowe i nawet zdążyłam się do niech przyzwyczaić. Nic bardziej mylnego….To, że Hiszpanie kolacje jedzą o 23-ciej, czy to że spieszyć się nie lubią to jedno, ale to co oznaczają dla nich ustalone daty w kalendarzu to zupełnie inna historia.

 

Posiadając faceta co często i gęsto sieje „no problem” niestety spowolniło mnie w odkryciu prawdy o realnym znaczeniu „planowania” a tu nie mała niespodzianka się kryje. Okazuje się, że Hiszpanie jak diabeł święconej wody boją się jakiś dat ustalonych z wyprzedzeniem dłuższym niż 3 dni…My Polacy, ustalone daty np. obiad z kuzynami, traktujemy jako potwierdzone z wyprzedzeniem zdarzenie, na które oczywiście wcale dotrzeć nie musimy, bo przecież różne rzeczy mogą się wydarzyć po drodze.

 

Dla Hiszpanów ustalenie daty z wyprzedzeniem jest jak przyparcie do ściany z wrzuceniem 90kg zobowiązania na barki, bo wychodzą z założenia, że przecież różne rzeczy mogą się wydarzyć więc nie ma co ustalać tyle naprzód… Zatem jak widać obie strony wiedzą, że zaplanowane wydarzenie może nie dojść do skutku, ale nasz stosunek do planowania jest zupełnie inny…

 

W Polandii kochamy się w przed-sezonowymi wyprzedażami wycieczek, które śmiało można planować na 8 miesięcy wprzód. Taki plan jest niczym latarnia na środku wzbitego biurowego morza na którą się czeka cały rok. Natomiast dla Południowców to jak przystawienie pistoletu do głowy i wymagania podpisu krwią…bo oni wakacje planują tydzień wcześniej. I pomimo, że oboje chcemy tego samego, każde z nas ma inną drogę do tego celu.

 

Jak powiedzieć Hiszpanowi, że może za rok można by było tak pomyśleć o założeniu rodziny, to gwarantuję 2 różne reakcje. Argumenty wiekowe, odkładając nawet na bok, po południowca nie przekonują żadne 4-ki z przodu. Polska wersja na taki subtelny planning byłaby pełna gratulacji za brak ciśnienia, że tak temat rzucony, bez pośpiechu …a tu po hiszpańskiej stronie życia podanie specyficznej daty, pomimo że orientacyjnej jest jak odłączenie kabelków od bomby, która dalej głośno tyka. Prawdopodobne jest, też że znajomi takiego delikwenta na taki tekst, kupują już wieniec pogrzebowy bo jak żyć z takim stresem „planowanym”.

 

Tak samo z weekendami, bo tutaj człowiek szczęśliwe planuje wyprawy, grille i inne atrakcje z wyprzedzeniem, żeby zgrać wszystkich a tu zonk. Hiszpańskiej połówce zbiera się na życiowy foch to wyrzygania o nie braniu jego potrzeb pod uwagę. Bo jak się okazuje, tutaj planuje się w sobotę rano, co by się robiło z całą ekipą w sobotę wieczorem, zatem nigdy słowem się chłop z wyprzedzeniem nie odezwał…bo owego wyprzedzenia nigdy nie ma.

 

A ja se myślałam, że na polskie realia to słaby strateg jestem, no pomimo że słowa dotrzymuje, to zawsze albo zapomnie albo zmiennie zdanie w ostatniej chwili albo się spóźnię – o taki lekkoduch. A tu się okazuję, że mnie do Niemców porównują, że na przeciwnej stronie spontaniczności wrzucają? Ale że mnie? Że co?  No ale jak się wróbla do kolibra porównywać, to można nazwać go spasionym przerośniętym grubasem …w sumie.

Ciekawe jakie w nas różnice kulturowe siedzą, tak głęboko zakorzenione, że ciężko jest je nawet nazwać po imieniu. A zanim się człowiek zorientuje ich przyczyny, jest już od kroku sprzedania pięści w nos swemu lubemu z dorzuceniem focha na miarę „kanapa Twoja do końca miesiąca”….

 

Piotrze, sam widzisz… jest jak jest.

Zaniedbany blog, bo nie mam na co narzekać, no może raz na dwa tygodnie do czegoś się doczepię, ale nie ma jakiś większych dramatów…

I o czym pisać? Że dobrze? Że po 18 latach randkowania znalazłam cierpliwego, jednego z którym i pogadać można i pośmiać i nawet do łóżka pójść? I o czym pisać, że marzenie własnej firmy się realizują i od momentu kroku w tył, zrobiłam z 4 do przodu? O czym pisać, że pierwszy raz od 6 lat znowu mnie polska polityka wkurwia? Ehhh….nawet zdrowie w kupie się trzyma..no może nie włączając kostki rozjechanej w konsekwencji nieogarnięcia schodów i whatsappowania w tym samym czasie?

Nawet z mamą się pogodziłam….więc drogi Piotrze jak widzisz, wszystko spokojnie idzie jak u cywilizowanej osoby…dramatów nie ma. Ba! Nawet do mojego ukochanego sportu wróciłam (strzelectwo sportowe), z wielkim apetytem powalczenia o jakieś medale w Hiszpani! Może stara się zrobiłam i na dojrzalsze lata jakoś tak bardziej się ogarniam? Zaczęłam odpuszczać więcej i nie marnować czasu na rzeczy, których zmienić nie mogę. No może oprócz rzucania gęstymi kurwami jak drugi raz oblałam teorię na prawo jazdy. Se pozwolę powtórzyć…A niech ich chuj strzeli z tymi hiszpańskimi testami…kropka.

Jak już przy tej starości jesteśmy, zaszczyt mnie kopną i na święta w końcu napierdalałam tego biednego lokalnego Caga Tio wraz z bandą rozkrzyczanych dzieci (tak tak, w Kataloni trzeba zlać klocka drewnianego, jak się chce się jakieś prezenty wyhaczyć, bo Mikołaj tutaj nie dolatuję …oczywiście). O co kaman, więcej tutaj.

Oh… a kto to Piotr? Eeee no to muszę jakiś wstęp zrobić, co nie?! A więc Piotr to jeden z najbardziej oddanych śledzących tego bloga, który się tak po ludzku martwi jak za cicho u mnie. Zrozumiałe!

Piotr był nerwusem, z którym miałam przyjemność pracować jeszcze za czasów Polandii i tych naszych uroczych korporacji. I o Piotra to ja się bałam, bo każdego dnia myślałam, że z nerwów mi na jakiś zawał zejdzie…a szkoda by była, tak piękną żonę zostawiać i córę utalentowaną i psa słodkiego…No nic, Piotrze melduje, żyję i wino piję. A co do zawałów i Piotr rzucił cholerstwo korpo i podążył swoją drogą. Respect!

A tak na boku tego meldowania, to często wracam myślami do czasów, kiedy przyjeżdżałam do tego kraju z oczekiwaniem jakiś wenezuelskich melodramatów na każdym kroku. I tak se myślę z biegiem czasu, jak napotkani ludzie potrafią wnieś cudowne chwilę, jak wdzięczna się zrobiłam, za przyjaciół którzy zostali i trwają. Ci co przeminęli, wnieśli również wartościowe lekcje do mojego życia, oprócz tego, że większość czasu jadę po nich. Jestem kim jestem, dzięki ludziom których znam, kocham i podziwiam jak i przez tych których lubię trochę mniej.

Lipska Ty to jednak szczęście masz i chuj!

Niecierpię Polskości….-czyli wrodzona niska-samoocena

Nasza narodowa przywara to zaniżanie własnej oceny, jesteśmy genialni w omijaniu ryzyka i porad wszelakich z beczki: nie wychylali łba za stół, bo nie daj boże jeszcze ktoś Cię przyluka.

Od dziecka zawsze słyszałam, taki chyba komunistyczny spadek – nie wychylaj się, nie próbuj bo i tak Ci nie wyjdzie i w ogóle udowodnię Ci, że twoje pomysły są kiepskimi pomysłami… Słyszałam to od nauczycieli, którzy najchętniej widzieliby mnie w poprawczaku, jako posiadaczka kolczyka w nosie przecież nie mogłabym nigdzie dalej zajść. Słyszałam to od siostry, która uważała, że ja i studiowanie politologii to chory pomysł, bo przecież bo przepytaniu dogłębnym nie pamiętałam daty powstania styczniowego, oprócz wiadomego Stycznia. Nie żebym teraz pamiętała, ale łotever. Usłyszało mi się też od facetów z którymi mniejszą bądź większą przyjemność obcować miałam, że jak to ja? I bycie rozpoznawalnym projektatem, który może zainspirować inne baby?  Ba! Ja od mamy otrzymywałam te kilogramy „niedowiarowania”, bo przecież skupić powinnam się na najważniejszej życiowej misji – mężu, dziecku i stałej pracy, nie ważne jakiej pracy. Jak już jadę po każdym to i dołożę znajomym tym bliższym i tym dalszym, którzy słowa wsparcia sprowadzali do mianownika „nie ryzykuj” …

No ale jak oni wszyscy mogliby inaczej do indywidualistów podchodzić, jak już w szkole docenianie zaczyna się tylko za mówienie tego, co ze wzorem się zgadza, czyli robienie czegokolwiek wychylającego się poza ramy „średnie” jest z góry skazane na mierny. My to nawet mamy kreatywnie klepać słowo w słowo co autor ma na myśli, z godnie z ustaleniami Ministerstwa, no bo nie przecież pisarza. Zatem jak z Polskiego grajdołka ma wyrosnąć pewna siebie osoba, która mierzy dalej niż jej mówią, że to możliwe?

Ja se naiwnie myślałam, że cwaniak jestem, że mieszkałam tu czy siam, że pogadałam nie z jednym i kawał świata widziałam a tu…kupa. Taka Polska kupa. Jestem tchórzem, który jest wstanie zmienić własne marzenia aby tylko obejść ocenianie przez innych. Jestem wstanie dopuścić, aby jeden komentarz uderzył w moje marzenia i przyciął skrzydła dążeniom. I to nie dlatego, że ambicji brak, że wytrwałości nie ma…po prostu wiara w siebie podważana jest myślą – Ty? Jako że dasz radę? No przecież to „Za wysokie progi na twoje nogi” …No my przecież przysłowia mamy, które ciągną nas za nogi w dół, a co dopiero modele do naśladowania w społeczeństwie. Aż się ciśnie na usta „Idż Pan w chuj” z tymi polskimi naukami. Chciałabym być nieprzyzwoicie zarozumiała i pewna siebie, aż do za-kichania się, tak jak Amerykanin, który wpajany od małego ma, że może sięgnąć dalej niż sobie wyobraża, bo niebo jest limitem, chociaż i to nie zawsze. Albo Niemcem chciałabym być, który wpoi swoim dzieciom, że ciężką i systematyczną pracą osiągnie cel. Nawet Żydem mogłabym być, który od małego umie liczyć na siebie i ma wsparcie swojej rodziny jak i nacji. A tak, oprócz blond włosów i dobrego wykształcenia od Polski dostałam zakompleksienie! Dzięki! Strasznie mnie to cieszy, ogromnie wdzięczna jestem za tę hojność. Żebym chociaż cycki jeszcze dostała, a tu nic…blond cienkie włosy i myśl głęboko zakorzeniona, że osiągnę nic.

 

Mój obecny status: wściekła za taką łatwość oddawania moich skrzydeł!

 

zdjęcia se zaciągnełam z http://www.papilot.pl

Tożsamość – czyli ani w tą ani w tamtą

Żyjąc na obczyźnie każdy przechodzi proces adaptacyjny. Ma się chwilę słabości i takie dnie gdzie, wszystko porównuje się do kraju swojego, ma się też chwile wzlotów gdzie swoje wydaję się „a fe”, a to co otaczające, nad wyraz idealne. Cóż każdy przechodzi fazy w swoim tempie i czym szybciej się je przejdzie tym łatwiej się człowiek do panujących warunków przyzwyczai.

 

Tak z teorii i praktyki wiem, nie znam natomiast wytłumaczenia na sytuacje kiedy to człowiek zawiśnie gdzieś pomiędzy…Ja właśnie znalazłam się w takiej orbicie, że ani w tą ani w tamtą się nie można ruszyć. Mieszkając prawie 5 lat w Hiszpanii, choć chyba lepiej podkreślić że w Barcelonie i to nie ze względów pochwalenia się zajebistym miejscem do mieszkania, ale złożonością i wielkim bigosem kulturowym znajdującym się tutaj. Tak bez obwijania to nie umiem odnaleźć się w Polsce, choć Polką jestem z krwi i kości, to nie chcę wracać i tego jestem pewna. Oczywiście są rzeczy za którymi tęsknie najmocniej na świecie, gdzie cząstka mnie została wraz z bijącym sercem, niemniej jednak życie w Polsce wydaję mi się już trochę surrealistyczne.

 

A co do życia tutaj, to już nawet nie chodzi o przystosowanie się do miejsca i warunków panujących ale ja już mam po prostu dosyć Katalonii, wiecznej wojny pomiędzy stolicą a Barceloną, 90% społeczeństwa natury hipisiarskiej z niedomytymi włosami, brakiem rozwoju i rynków zbytu. Ale tak jak i z Polską, jest tutaj tysiące rzeczy, które są najlepsze na świecie i pewnie nigdzie tak wygodnie żyć się nie da. Na wyciągnięcie ręki, morze, słońce, ludzie uśmiechający się na ulicy i transport publiczny skrojony na miarę, tak aby społeczeństwu było dobrze.

 

Cóż, ja jestem ani tu ani tam, czuję się zagubiona (pomimo przekroczenia wieku magicznego), bo ani rodziny ani kariery ani biznesu tu nie rozkręcę, co najwyżej mogę wygodnie żyć popijając tanie wino i chodząc na Gracie, posłuchać katalońskiego rocka gdzieś pomiędzy lejącym się ciurkiem moczem a popychaniem siebie jak na rykowisku. Wiem, wiem Gaudi, Sagrada i inne tam, ale po kilku latach to już Ci się słabo robi na widok tysiąca turystów wcinających mrożoną paella z La Rambli popijającą sangrię, którą obrotni restauratorzy kupują w kartoniku za 60 centów, abyś ty mógł się nią rozkoszować za piętnaście euraczy. Jest mi słabo, bo i związki z Hiszpanami mają swoją Iberyjską naturę, która powoduję że człowiek jeszcze bardziej czuje się wyobcowany.

 

I tak szczerzę, to nie umiem sobie odpowiedzieć którędy pójść, gdzie zostać, co zaakceptować a co zmienić, gdzie uciec a co odważnie pchać dalej.

 

źródło zdjęcia: http://greenesrelease.com/portfolio/phobia/

Życie na emigracji – czyli o przyjaźniach

Powoli zaczynam przenosić energię i wenę na angielską wersję mojego bloga – www.behindthelippi.wordpress.com, choć wiem że polscy zaglądacze nie będą pocieszeni.

Ale ok, żeby nie było, że taka paskuda jestem, niech i coś po polsku skapnie. A więc co mi ostatnio leży na wątrobie….ufff sporo tego się nazbierało, bo generalnie jestem w dołku emigranta. Choć czasem jeden dzień odmienia stan całkowicie i z mega emocjonalnego doła wskakuje na wyżyny super samopoczucia. Nie mniej jednak życie na odległość ma swoje negatywne skutki, takie jak przyjaźnie, bo nie ma co ukrywać – relacje wymagają czasu. Są też innej jakości i formy, bo jak za dzieciaka się nazbierało przyjaciół z którymi nieprzerwanie, pomimo upływu czasu można pogadać o pupie, pieczeniu, nowych technikach powiększaniach rodziny albo tak po prostu o błahych sprawach, tak za granicą człowiek się uczy, że przyjaciele się dzielą. Na takich co za-imprezują, takich co na kawę pójdą a tematy nie przekroczą żadnych tabu, i na takich co są tematycznie z tobą powiązani miejscem pracy.

Najbardziej boli i chyba boli to o wiele silniej niż w Polsce, kiedy odkrywasz że wysiłek włożony w relacje jest tyle wart co wczorajsza kawa – była, minęła. Ciężko o wspólne tematy na większej liczbie płaszczyzn więc jak ktoś się znajdzie, to człowiek się gimnastykuje aby taką znajomość za wszelką cenę utrzymać…..no właśnie ale jak to się mówię, że to tanga trzeba dwojga i skoro druga strona, twoją osobę traktuję jak daleką ciotkę, z którą wypada pogadać żeby niebyło, aniżeli jak przyjaciela jakim sobie wyobrażać…idealizujesz.

Cóż ludzie się podobno zmieniają, choć chyba prawda jest bardziej bliższa, że zmieniają się oczy…bo albo klapki się ma i się nagina rzeczywistość, albo nagle opadają i widzi się prawdę, taką na golasa. I jak moje przemyślenia z jakieś 2 lata temu były, że lepiej energię z byle jakich partnerów przerzucić na przyjaciela to tak stwierdzam, że zamiast tracić jakąkolwiek energię, człowiek powinien pomyśleć o sobie, nie angażować się tam, gdzie Cię wcale go nie chcą i nie dawać z siebie tak wiele, myśląc że ktoś się nagle przebudzi i zrozumie. Po co potem odchorowywać i zarywać noce przez potok łez…nie warte tego.

different-points-of-view

zdjęcia:http://jesusgilhernandez.com/2013/12/23/taking-opposite-points-of-view/

Presja społeczeństwa – czyli jak bycie „panną” irytuje społeczeństwo

Czy można by tak dobę rozciągnąć o jakieś dodatkowe 10godzin? Bo generalnie nie wyrabiam…..

No nic, nie ma co tutaj marudzić, a wziąć się za temat należy który właśnie niczym świeżutkie bułeczki z lokalnej piekarni – nasza najmłodsza przyjaciółka właśnie się zaręczyła. I tak o to z całej naszej paczki zostałam ostatnia. Co prawda prawie byłabym druga, bo swoją wtopę zaliczyłam, zgadzając się na oświadczyny po miesiącu znajomości co teoretycznie miało być ewentualną pomocą przy wyjeździe do kraju, do którego jechać nie chciałam. Dodać jeszcze warto, że owy Pan tak się spieszył i cisną, że podejrzewam jakobym była jak ta ostatnia dostępna zimna gorzałka dla alkoholika w upalne lato – brać jak najszybciej, bo może szansa się nie powtórzyć. Trochę czuję się okradziona z prawdziwych zaręczyn zamiast maskarady tak naciąganej, że aż mi nie dobrze się robi. No ale cóż sama się zgodziłam w tym balu przebierańców wziąć udział, więc już się zamykam.

Wracając do tematu i do presji społeczeństwa versus moje wyobrażenie o wieku posiadanym. A więc mi to się ciągle wydaję, że dopiero co po studiach jestem. Niestety brutalna prawda kalendarza mnie zaskakuje, bo te „dopiero co po studiach” to dobre 5 lat temu było….Nie mniej jednak z perspektywy własnej wizji posiadania z 25 zamiast tych 30 lat zbliżających się temat dzieci i ślubów jest jakiś odległy. Zatem fakt, że każdy dookoła właśnie się chajta, co na polskie realia to i tak wychodzi że się biorą za to dość późno, jako że w hiszpańskich realiach lat 30 to dobry wiek, żeby może zacząć o jakimś ślubie myśleć, odciska mają presje.

No to w szachu jestem, bo ani do ślubów mi się nie spieszy a tym bardziej do dzieci. Oczywiście nie żebym w ogóle nie chciała, ale nie żeby tak teraz i tu. Zatem baba przy 30-stce, bez męża i dzieci to niczym stara Ciotka Klotka, która se życia ułożyć nie umie….tak przynajmniej się czuję jak jadę do Polski. Chociaż ze strony rodziny zagadywania raczej w formie żartów są, bez żadnych wymuszeń to reakcje znajomych już tak subtelne nie są.

Ciekawe zjawisko jest, gdy tak jak ja pierwszy cel idzie osiąganie marzeń zawodowych. Jeśli kobieta decyduje się na taką formę spędzania swoich lat po 30-stce, usłyszy że jest karierowiczką i nikczemną kobietą, która dzieci nie chce. Normalnie wiedźma spiskująca przeciwko ludzkości.

Jak kobieta zdecyduję się na dzieci i poświeci swoją karierę w imię wychowania pociech, nie raz usłyszy, że nie ambitna jest i tylko żeruje na portfelu męża w całkowitej zależności od niego jest. Baba którą się gardzi…

A jak kobitka dzieci posiadając, godzi pracę która czasem wymaga więcej godzin poza domem, to już się cisną słowa ogółu – że podła matka, która w pogodni za pieniędzmi nie zajmuję się wystarczająco swoimi dziećmi…

Zatem jak widać społeczeństwu się nie dogodzi i nawet nie ma co się brać za zmianę tego stanu rzeczy. Słuchać powinnam swojego głosu a nie oczekiwań innych, które ni jak się mają do mojego szczęścia posiadanego. Co do zaręczyn i ślubów strasznie się cieszę, bo okazja będzie pojechać na multinarodowe wesele w Turcji, na samą myśl jestem już podekscytowana. A że ostatnia zostaję na polu walki ze stanem cywilnym: „panna” absolutnie mi nie zabiera snu z powiek, bo zamiast tego mam startup który zaczyna nabierać kształtów i ram.

200306376-001

źródło zdjęcia: http://www.goodtherapy.org/blog/psychpedia/role