O co chodzi z Katalonią – czyli oczami obcokrajowca mieszkającego w sercu Katalonii.

Piszę z sercem krwawiącym i ze łzami w oczach jak kraj, który stał się moim domem, właśnie rozspada się w kawałeczki. Najbardziej jednak boli mnie to, jak władza miłość okazuje krwawymi siniakami… ale do tego dojdziemy później.

O co chodzi z Katalonią i ich „Indepedencia”? 

Prawie każdy obcokrajowiec, który zakochuję się w Barcelonie, myśli że to całe zamieszanie o „wolność” ma sens, bo przecież jest piękne miasto co chce być wolne, to czemu nie! Czar jednak pryska przy pierwszym spotkaniu zagorzałego pro-indepedencia katalończyka (to taki co tylko odłączenie widzi za sens bytu). Oni to potrafią napieprzać na ten temat godzinami i generalnie kończy się na emocjonalnych argumentach „że jesteśmy inni i ty nigdy tego nie zrozumiesz”….Cóż, takie podejście jakoś nigdy do mnie nie przemiawiało i nie raz bardzo głośno mówiłam, że ta cała „wolność” to stek bzdur. Nie mniej jednak, aby mieć więcej argumentów dla tej tezy, uczestniczyłam w debatach, jak i zamęczałam bułę wyedukowanym ludziom za i przeciw, żeby zrozumieć problem dogłębnie. Podkreślenie edukacji jest ważne tutaj, bo ludzie na ulicy spotkani często nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie ” a czy wy kiedykolwiek byliście państwem?” zatem dysputy naprawdę sprowadzają się do poziomu „M jak miłość”

Trenowałam umysł parę lat i jako, że i episod związku z facetem z Madrytu miałam, temat nie raz poruszałam z ludźmi stamtąd. Przez pewien czas miałam jedno podsumowanie – Ci sami ludzie po dwóch stronach muru – tak samo się nie lubią, tak samo skaczą sobie do gardła. Ale…ale jest w tej historii jedno duże ALE  – „a kto to Katalonia i w ogóle o co im chodzi?”…

Historycznie biorąc pod uwagę, Katalonia bliższa Francji niż Hiszpani, czego przejawy można zauważyć w języku katalońskim. Od XVII wieku, księstwo Aragońskie (z którym mieli Unię) połączyło się z Kastylią i znaczenie Katalonii zaczęła być marginesowane (pojechałam tutaj mega skrótem, ale dla tych co więcej dat chcą i informacji, warto nawet zajrzeć na wikipedie). Wracając do tematu …od tej pory w większym lub mniejszym stopniu język i kultura katalońska będzie stłamszana. Wybuchnie parę krwawych powstań, za każdnym razem będą stłumione z licznymi ofiarami śmiertylnymi. Najlepsze jaja dla nich zaczynają się jednak, za czasów wspaniałego generała Franciszka Franco (a propo, to jego rodzice mieli jednak poczucie humoru z doborem imienia…). Ten mały hitlerek wybił do 400 tyś ludzi tylko i wyłącznie, aby spełnić swoje marzenie o „jedności narodu”….narodu, który tak naprawdę był skupiskiem kilku nacji, z różnymi językami i kulturami….Katalonia krwawiła, język był zakazany a religia na siłę wpychana. W każdej rodzinie katalońskiej pozostała rana po tamych czasach, gdzie jakieś zamordowany członek rodziny się trafił. Trochę tak jak u nas po Hitlerze czy Stalinie, choć co prawda u nas więcej ludzi zostało wymordowanych, no ale tutaj nie konkurs na liczbę grobów.

Po dziesięcioleciach przyszła kolej na demokrację i układziki, na których Katalonia ruchana była i to nie raz (kolejny skrót historyczny, bo jak i ile razy została wydupczona to można śmiało książkę pisać, warto również pogrzebać po żródłach). Co do najnowszej historii – Od pięciu lat obiecywane były jak i fundusze, jak i większe autonomiczne prawa (nawet dokumenty były podpisane), ale że oni to się stawiają tylko poprzez wyjście na ulicę, pośpiewanie piosenek i opatulenie się we własne flagi – byli ignorowani.

Ja ich też ignorowałam, bo jak brać kogoś na poważnie kto wygląda na nacjonalistę bez argumentów podstawowych odnośnie ekonomii, członkowstwa w Uni Europiejskiej czy też prostego pytania czy w ogóle Katalończycy chcą być odłoczeni. Rodziny są tutaj mieszane, i tak np. ojciec mego faceta, sercem, duszą i dna jest od tych, co kochają krew byków i słowo „indepedecia” powoduje u nich co najmniej ciężką alergie. W kataloni jest wiele takich rodzin, podzielonych tak jak w Polsce na tych co za Kaczorem i przeciw…

Mój światopogląd jednak zaczął trochę przecierać oczy, kiedy nierówne traktowanie zaczeło i mnie dotykać. W sporcie wyczynowym, jeśli jesteś z Katalonii i nie jesteś ze sportów takich jak piłka nożna, to śmiało możesz pocałować kogo chcesz w dupę, bo ani trenerów ani kasy nie zobaczysz. To była pierwsza pobudka, druga niestety zaczeła narastać jak premier wszystkich, umniejszał ludziom protestującym na ulicy. Tak jak w Polsce – wychodzą tysiące a rząd napierdala, że spacerowicze…Jedyna różnica taka, że w Polsce rząd boi się tłumu…tutaj wysyła się na nich pro-militarną policję. I tak własnie dojeżdżamy do tematu ich referendum. Od lat piłują i od lat są ignorowani i prawa o zadecydowaniu o własnym losie nie mają. Problem jest, że jak ktoś im da dojść do głosu, to staną się wzorem dla innych regionów, które też mają w dupie Hiszpanie.

I tak od lat Katalończycy bawią się w referendum, które jako że nie zgodne z konstytucją, na poważnie nie jest brane… W tym roku jednak, rząd kataloński mniej podzielony niż wcześniej, bystrze wymyślił, jak obejść prawo i ustanowić samozwańcze Państwo, jeśli tak lud wybierze w referendum….No i tutaj zaczyna się nieudolna polityka, zakompleksionego Rajoya, który wysyła policję do pałowania, zabierania urn, kart do głosowania, blokowania miejsc gdzie takie referendum mogłoby się wydarzyć…bo przecież jak nie damy im zagłosować, to sprawy nigdy nie było, czyż nieprawda? No nic tylko siedzieć i podziwiać, że komunistyczne gierki są jeszcze wykorzystywane w XXI wieku…

Dziś wysłuchałam, co król o całej tej sprawie miał do powiedzenia…no cóż co miał powiedzieć? Że sorry, że wam babcie napierdalamy i lubimy skakać ludziom po głowach jak mają recę w górze? Pogadał o okropnym postępowaniu wyrodnych katalończyków, których nawołuje do jedności. Bo przecież warto tkwić w związku, w którym mąż Cie okłada, bo przecież ważne że On Ciebie w ogóle chce w tym małżenstwie, co nie?….

Pomimo, że kataloński jest paskudnym językiem i pomimo, że większość ludzi nie bardzo kuma co oznacza odłączenie i że biede bedziemy klepać wszyscy razem, a podatki na jednoosobowe firmy będą jeszcze większe…dziś możecie nazywać mnie „Independista”, bo jak nigdy czuję ból tych zakrwawionych babć, które płaczą na ulicach….naszych ulicach.

Reklamy

Social śmieć – czyli kreowanie wirtualnej iluzji

Ja patrzę na te wszystkie szczęśliwe pary na facebooku, które mają tylko „fabulous life”, kilogramy zdjęć z egzotycznych zakątków i wiecznie uśmiechniętą gębę..Do tego dorzucę  te dzieci które tylko się śmieją i z kolkami nic wspólnego nie mają…to się zastanawiam czy jedynie moja rzeczywistość nie jest taka bajkowa czy może facebook oszukuje mnie każdego dnia?

Ciężko uciec od porównywań i oprzeć się pokusie przyklejenia sobie na czoło nalepki z napisem „loser”. Daleko mi do szczęśliwej rodziny, do wiecznie przepięknie umalowanych paznokci i do tej idealnej miłości w postaci serwowanych śniadań do łóżka jak z jakieś pieprzonej 5 gwiazdkowej restauracji…ba! nawet moje psy najnormalniej w świecie śmierdzą po wytarzaniu się w pobliskim błocie i daleko im to futrzanych wiecznie puszystych Instagramowych gwiazd.

Social media już nie są dziurką od klucza, służącą do podglądania innych. Mam wrażenie, że przemieniły się w dobrze zrobione reklamy, które sprzedaje jedynie złudzenia. Takie ściemy jak to pięknie wesele wyglądało, jak wszyscy przecudnie bawili się przy winie….a nikt już nie puści pijanego w trzy dupy wujka Zdzisia, który dorwał się do czystej jak stara wyszła do kibla….

Oczywiście w całej tej mieszance myśli dzisiejszych, uderzę się w pierś bo i ja puszczałam na ścianę wszystko…chciałabym powiedzieć, że tylko gołej dupy nie pokazałam, ale wyszłoby że skłamałam. Sama zaręczałam się po miesiącu i w imię tych łapeczek w górę, które gratulowały choć pewnie nawet na oczy mnie nigdy nie widziały to widzę ten świat zbudowany na iluzji. Używanie internetu do najłatwiejszych skills-ów nie należy i każdemu się zdarza sprzedać własną rzeczywistość wyżej niż naprawdę ona się znajduje…otagować się w drogich restauracjach, choć ledwo się wydobyło z portfela na kieliszek domowego…a co tam niech tym pindą ze średniej głupio się zrobi…

Wiecie co, szczerzę to już dziś mi się nie chcę tych wszystkich moich byłych podglądać, bo mam wrażenie, że smarphone-y służą tylko do budowania sobie ego…idę na wino…tanie wino, gdzieś gdzie nie ma internetu.

 

Niecierpię Polskości….-czyli wrodzona niska-samoocena

Nasza narodowa przywara to zaniżanie własnej oceny, jesteśmy genialni w omijaniu ryzyka i porad wszelakich z beczki: nie wychylali łba za stół, bo nie daj boże jeszcze ktoś Cię przyluka.

Od dziecka zawsze słyszałam, taki chyba komunistyczny spadek – nie wychylaj się, nie próbuj bo i tak Ci nie wyjdzie i w ogóle udowodnię Ci, że twoje pomysły są kiepskimi pomysłami… Słyszałam to od nauczycieli, którzy najchętniej widzieliby mnie w poprawczaku, jako posiadaczka kolczyka w nosie przecież nie mogłabym nigdzie dalej zajść. Słyszałam to od siostry, która uważała, że ja i studiowanie politologii to chory pomysł, bo przecież bo przepytaniu dogłębnym nie pamiętałam daty powstania styczniowego, oprócz wiadomego Stycznia. Nie żebym teraz pamiętała, ale łotever. Usłyszało mi się też od facetów z którymi mniejszą bądź większą przyjemność obcować miałam, że jak to ja? I bycie rozpoznawalnym projektatem, który może zainspirować inne baby?  Ba! Ja od mamy otrzymywałam te kilogramy „niedowiarowania”, bo przecież skupić powinnam się na najważniejszej życiowej misji – mężu, dziecku i stałej pracy, nie ważne jakiej pracy. Jak już jadę po każdym to i dołożę znajomym tym bliższym i tym dalszym, którzy słowa wsparcia sprowadzali do mianownika „nie ryzykuj” …

No ale jak oni wszyscy mogliby inaczej do indywidualistów podchodzić, jak już w szkole docenianie zaczyna się tylko za mówienie tego, co ze wzorem się zgadza, czyli robienie czegokolwiek wychylającego się poza ramy „średnie” jest z góry skazane na mierny. My to nawet mamy kreatywnie klepać słowo w słowo co autor ma na myśli, z godnie z ustaleniami Ministerstwa, no bo nie przecież pisarza. Zatem jak z Polskiego grajdołka ma wyrosnąć pewna siebie osoba, która mierzy dalej niż jej mówią, że to możliwe?

Ja se naiwnie myślałam, że cwaniak jestem, że mieszkałam tu czy siam, że pogadałam nie z jednym i kawał świata widziałam a tu…kupa. Taka Polska kupa. Jestem tchórzem, który jest wstanie zmienić własne marzenia aby tylko obejść ocenianie przez innych. Jestem wstanie dopuścić, aby jeden komentarz uderzył w moje marzenia i przyciął skrzydła dążeniom. I to nie dlatego, że ambicji brak, że wytrwałości nie ma…po prostu wiara w siebie podważana jest myślą – Ty? Jako że dasz radę? No przecież to „Za wysokie progi na twoje nogi” …No my przecież przysłowia mamy, które ciągną nas za nogi w dół, a co dopiero modele do naśladowania w społeczeństwie. Aż się ciśnie na usta „Idż Pan w chuj” z tymi polskimi naukami. Chciałabym być nieprzyzwoicie zarozumiała i pewna siebie, aż do za-kichania się, tak jak Amerykanin, który wpajany od małego ma, że może sięgnąć dalej niż sobie wyobraża, bo niebo jest limitem, chociaż i to nie zawsze. Albo Niemcem chciałabym być, który wpoi swoim dzieciom, że ciężką i systematyczną pracą osiągnie cel. Nawet Żydem mogłabym być, który od małego umie liczyć na siebie i ma wsparcie swojej rodziny jak i nacji. A tak, oprócz blond włosów i dobrego wykształcenia od Polski dostałam zakompleksienie! Dzięki! Strasznie mnie to cieszy, ogromnie wdzięczna jestem za tę hojność. Żebym chociaż cycki jeszcze dostała, a tu nic…blond cienkie włosy i myśl głęboko zakorzeniona, że osiągnę nic.

 

Mój obecny status: wściekła za taką łatwość oddawania moich skrzydeł!

 

zdjęcia se zaciągnełam z http://www.papilot.pl

Cycki – czyli czemu musimy je aż tak chować

Jako posiadaczka rodzynków niewielkich zastanawiam się dlaczego społeczeństwo narzuca na mnie normy noszenia stanika? Czemu ktoś wymusza, abym nosiła daną część garderoby pomimo że boli, komfortu zero i do tego żadnych leczniczych właściwości nie ma. Każdego dnia nie mogę doczekać się momentu w którym przyjdzie wolność i swoboda i nieokiełzana radość na myśl wskoczenia w podkoszulek bez cyckonosza. Nie rozumiem dlaczego nie mogę sobie takiej dawki szczęścia fundować wszędzie i gdzie tylko chcę? Przecież na golasa nie chodzę, nikogo nie zaczepiam i nie sieję zgorszenia, choć to już pewnie subiektywna ocena. No ale jak przechodzi koło mnie tłusty pan, to i większe cycki ma niż ja i jakoś nikt mu stanika nie każe ubierać! Do tego wyżej opisany typ posiada brodawki jeszcze bardziej stojące niż niejedna baba….no i? Czemu on w upalne lato może sobie świecić przez koszulkę wielkimi cycami, a mi każą stanik nosić? Bogu dzięki za wyrozumiałego mężczyznę, który dramatów nie robi i daje odsapnąć od tego dyskomfortu. A tak szczerze, to ten cud osiągnięć nauki to nic innego jak…..kawałek szmaty i druty, które nigdy nie są wygodne, mogą co najwyżej być troszkę mnie dokuczliwe albo bardziej dokuczliwe. Testując kilogramy marek, szansa na sukces odnalezienia czegoś godziwego jest znikoma, bo tak ciężko znaleźć te mniej wkurzające. Znam nawet takie nieugięte poszukiwaczki dobrego stanika, które nawet po 60(!) lat szukają swojego modelu, a który i tak nie istnieje. Po co nam ten głupi element? Żeby facetów nie szczuć? A czy ja się patrzę na ich sutki? A przecież też mają i też reagują na zimno jak nasze. Skoro kobietom ten widok się na siłę zasłania w imię obrony moralności to może jakieś plastry można byłoby zapodać chłopom? To tak jakbyśmy zmuszali do zasłaniania krocza dodatkowymi materiałami, bo jak przebija wielkość przyrodzenia to przecież możemy mieć jakieś niewłaściwe skojarzenia. A tu co? Nic! Tylko nas się szczuje i najgorsze jest to, że opinia wcielenia zła pod postacią brodawek prawie jak choroba przechodzi również na inne kobiety.  W ten oto sposób wychodząc z komfortu własnego musimy pokazywać środkowe palce już nie tylko tym,  którzy przyjmują śladowe ilości biustu za zaproszenie do krzyczenia, ale również babom które rzucają spojrzenie z piorunami. Życie byłoby łatwiejsze i przyjemniejsze gdybyśmy mogli decydować o własnym ciele.  I tak jeśli cyce chcą poskakać bez ograniczenia pod koszulką to niech sobie brykają, a my zamiast przejmować się etyką każdego dookoła, poszperali we własnych ograniczeniach i znaleźli chwilę luzu i radości. Pewnie, że można krzyczeć, że te kanaliki mleczne pod skórą to erotyczny symbol, prawdziwa gra wstępna podparta milionowymi akcjami marketingowymi firm gorseciarskich. No ale, społeczeństwo nie wymusza jakoś łykania viagry wszystkim panom w imię ratowania małżeńskiego łoża. Nie chcesz – nie bierzesz. A nam co? Każą nosić i jeszcze wmawiają, że to najlepszy prezent na wszelkie okazje….nie powiem, zamiast wiezienia na ramiączkach ładnie opakowanego wolałabym dostać dobrą kawę na walentynkową okazję. Zatem….

Protestuję! DOMAGAM SIĘ WOLNOŚCI DLA PIERSI!

Limitowany dostęp – czyli właśnie teraz to chcę!

Jacy jesteśmy przewrotni, ciągle dążąc do czegoś czego nie mamy. Czym bardziej limitowane zasoby, tym bardziej chcemy je mieć. Patrząc na przykład na diamenty…ile osób jest wstanie naprawdę powiedzieć dlaczego tak je lubimy? Pracując w metalach mogłabym powiedzieć, że to niezmiernie wdzięczny kamień jeśli chodzi o obróbkę, bo nie da rady go zarysować pilnikami, czyli można walić, kłuć a i tak nic mu się niestanie. Dodatkowo przepięknie łamie światło, dając ładne refleksy, które można wykorzystać w ciekawych formach przepuszczających blask. A czemu baby go lubią? Bo jest ich mało na świecie, gdzie cena uwierzytelnia tą prawdę, powodując że tylko nieliczni będą mogli go mieć. Oprócz tego mało kto wie, że to zwykły atom węgla, który przy podgrzaniu po prostu ….się spali. Oczywiście mało kto wie jeszcze, że brak weryfikowania pochodzenia powoduje,  że czarny (krwawy) rynek rozkwita (no ale to już takie moje małe zboczenie na temat etyczności dóbr luksusowych). No ale ok abstrahując od kamieni, muszę powiedzieć że ludzka przekora nie zna granic. Czym bardziej ograniczymy dostęp tym większe szanse na to że wszyscy, a to absolutnie wszyscy będę chcieli akurat tego tutaj i teraz. Technika „ostatnich sztuk” używana od lat w marketingu, trafnie uderza w nasze potrzeby wyjątkowości, unikalności jak i utraconej szansy. Jeśli czegoś jest mało, to automatycznie w naszej podświadomości podskakuje to do rangi pożądane i ważne. Tyczy się to wszystkiego od politycznych ustrojów, przez dobra luksusowe a kończąc na ludzkich postawach. Nawet wolny wybór, jeśli zostanie ofiarowany bez cienia konkurencji, na rynku wyceniony będzie bardzo nisko. I tak jak jesteś singlem, to twoja dyspozycyjność jest szeroka i wszechobecnie osiągalna. Nie mówi o możliwościach wyrywu, a tylko o cenie giełdowej. Mały trik, ukazania „limitowanej oferty” spowoduję, że znów staniesz się pożądliwie niedostępny.  Jeszcze bardziej przewrotnym przykładem są „osiągalni faceni” bo tutaj mamy do czynienia z rynkiem właścicielkami jajników, który z natury są niezłym emocjonalnym kotłem. Kobiety potrafią stać się wybitnymi strategami jak czegoś chcą i niczym jak lisice potrafią tak dobrać słowa i czyny, aby zbałamucić potencjalny kawałek mięsa. A więc, jeśli facet powiedzmy ciekawy, taki akceptowalny zacznie randkować z jakąś samicą dość atrakcyjną, masz jak w banku że baby jak te muchy będą nagle starały się przykleić na ten rzep ograniczonego źródła. Zainteresowanie sięgnie zenitu jeśli opinia o produkcie zostanie podsycana przez szczęśliwego klienta. Zarówno właścicielka wielkiego diamentu na palcu jak i szczęśliwa atrakcyjna kobieta u boku faceta, spowoduję zazdrość w oczach innych mniej uprzywilejowanych. To jest ludzkie, normalne, zabawne i takie nieprzyzwoicie ciekawe. Mam niesamowitą frajdę, kiedy obserwuję właśnie taki schemat naszego działania, bo to jak oglądanie serialu ze scenariuszem w ręku, który dokładnie opisuję kolejne kroki. Uwielbiam zakamarki naszych ograniczeń i tą taką lekkość w bezsensowności tej całej próżności posiadania.

Apple experience – czyli trochę jak obrzezanie

Na początek nie ukrywam Apple lubię za nowoczesność i jakość i nie psucie się! Ale jako obiektywny konsument, zjawisko tej marki mnie intryguje niczym pluskające fontanny mojego psa. Właśnie doświadczyłam swoje pierwsze namaszczenie, które odbywa się wraz z nabyciem Macbooka. Przeżycie to niczym jak klęknięcie i wyszeptanie podziękowania dla geniuszu Stefana Jobs z jednej strony śmieszy z drugiej wpędza wprost do rąk sekty jabłuszkowej. Cały proces zakupowy przemyślany, tak abym nawet przeżyła zachwyt ściągając folię z pudełka. Oczywiście wszystko nadzorowane przez personel, który nie śmie nawet palcem dotknąć takiej świętości jakim jest mój nowiutki i błyszczący aluminiowy przyjaciel. Nawet pudełko otwiera się z wymierzonym co do sekundy czasem. Rozumiem, że z perspektywy customer experience te 7 sekund ma podtrzymywać w mojej podświadomości to błogie uczucie podniecenia. Przystańmy chwilę na tej nirwanie opakowaniowej i wróćmy do marki sprzed lat. We mnie, czyli małym społecznym żuczku, nagryzione jabłko przyklejane dosłownie wszędzie doprowadzało do szału. Nie żebym czuła zazdrość, ale bo że pragnęłam utożsamiać się z klasą wyższą. To uczucie to raczej obijało się o ludzką próżność, która potrzebuję białej naklejki na tyle samochodu, aby dowartościować się, aby poczuć się spełnionym i wyjątkowym. Marka powodowała we mnie uczucie idiotyzmu zapakowane w komputer, a nie dążenie do realizacji i życiowych osiągnięć. Pracując w marketingu podziwiam dojechanie do takiego poziomu, że logo jest ucieleśnieniem doskonałości świetlistej, czysty Mount Everest brandingu. Nie zmienia to jednak mojego odczucia, że czym bliżej firma do sekty się zbliża, nakazując mi nawet odwijanie folii w odpowiedni i zaplanowany sposób wzbudza to moje obawy. Wszystko co ekstremalne jest niebezpieczne i pomimo, że serce mi się rozpuszczało na widok przystojniaka, który mi do torebki wejdzie czułam strach przed tymi ludźmi, którzy spontanicznie klaszczą uniesieni „iSzczęściem”. Marka przeszła drogę z „tylko nieliczni” do „wszyscy” i zasługuje na pełen szacunek za wyprzedzanie potrzeb konsumenta. Ja bym nie pomyślała, że przesuwanie po padzie 3 palcami może być fajniejsze niż dwoma. Ale jak już mi pokazali, jak już mi dali doświadczyć tej wyjątkowości bożej to i faktycznie teraz se myślę, że bez trzech palców funkcjonować się nie da. Ciekawa jestem jak brand ewaluować będzie dalej, może kiedyś będzie wszędzie nawet w toalecie , wałkując mantrę „iNiewolnik”.

Ubezmózgowienie made in Poland – czyli polskie media

Jakie media taki naród? Jaki naród takie media? No się zastanawiam właśnie..będąc młodym (stosunkowo) człowiekiem, nie posiadającym telewizora za to z pewnym dostępem do wirtualnej rzeczywistości…to mnie aż strzela. Wiadomości na jednym z ważniejszych portali są niczym wysyp kto z gwiazdek jest w ciąży poprzez opis bulwersacji episkopatu na temat jakiegoś artykuły gdzieś tam. No ludzie ratunku! Wierci mnie tak od środka, że polskie media robią ze mnie debila. Ani słowa o powstaniach w Turcji, gdzie ludzie giną za chęć wyrażenia swojego słowa, ani słowa o europejskiej arenie politycznej, o powodziach troszkę dalej niż na Śląsku…. No żadnych wartościowych informacji, no nic totalnie. Za to dostarczanie kochanym rodakom newsów z dupy polskie media mają dopracowane do perfekcji. Wszystko jedynie wokół utwierdzania nas jak to biedni i odrzuceni i krzywdzeni i wykorzystywani jesteśmy przez wszystko i wszystkich. Jak aktualnie nikt nie próbuje nas okraść to najważniejsze informację są o nowej fryzurze jakieś Drama Queen pod tytułem „Madzia, dziecko zabite dla narodowej rozrywki publistycznej”. Nosz strzela mnie tak mocno, bo to media dostarczają na tą jadalną porcję wiedzy a to czym jestem karmiona w polskich mediach doprowadza mnie do szału. Czemu robią z nas aż takich ignorantów, dlaczego wiedzę o europie dostajemy dopiero wtedy kiedy ktoś coś przez pomyłkę wspomni o nas? Sama się denerwowałam jak to obcokrajowcy wiedzą o Polsce wielkie NIC, z pytaniami o niedźwiedzie biegające ulicami..no właśnie ale co my wiemy o innych? Historia w szkole dojeżdża ledwo że do komunizmu i tyle a stosunki, konflikty i wydarzenia na arenie międzynarodowej z ostatnich 30 lat jakoś się rozpływają. Tworzenie obiektywnego światopoglądu zostawiamy reklamodawcą, dla których kontent jest tworzony, no a że łatwiej się tworzy artykuł o wyborach Miss w Wejherowie niż o realnych problemach ekonomicznych w Uni Europejskiej to zostaje nam polakom dokształcanie się z kategorii: Nagrano tajemnicze zwierzę – „Miało długi nos” (news na stronie głównej onet godzina 16.08). Teraz czuję się spełniona intelektualnie, szare komórki zostały pobudzone i jak ktoś spontanicznie podejmę ze mną jakiś temat na poziomie, ja z dumą opowiem mu o video jakiegośkolesia w teksasie, który nagrał zwierze z długim nosem….