Piotrze, sam widzisz… jest jak jest.

Zaniedbany blog, bo nie mam na co narzekać, no może raz na dwa tygodnie do czegoś się doczepię, ale nie ma jakiś większych dramatów…

I o czym pisać? Że dobrze? Że po 18 latach randkowania znalazłam cierpliwego, jednego z którym i pogadać można i pośmiać i nawet do łóżka pójść? I o czym pisać, że marzenie własnej firmy się realizują i od momentu kroku w tył, zrobiłam z 4 do przodu? O czym pisać, że pierwszy raz od 6 lat znowu mnie polska polityka wkurwia? Ehhh….nawet zdrowie w kupie się trzyma..no może nie włączając kostki rozjechanej w konsekwencji nieogarnięcia schodów i whatsappowania w tym samym czasie?

Nawet z mamą się pogodziłam….więc drogi Piotrze jak widzisz, wszystko spokojnie idzie jak u cywilizowanej osoby…dramatów nie ma. Ba! Nawet do mojego ukochanego sportu wróciłam (strzelectwo sportowe), z wielkim apetytem powalczenia o jakieś medale w Hiszpani! Może stara się zrobiłam i na dojrzalsze lata jakoś tak bardziej się ogarniam? Zaczęłam odpuszczać więcej i nie marnować czasu na rzeczy, których zmienić nie mogę. No może oprócz rzucania gęstymi kurwami jak drugi raz oblałam teorię na prawo jazdy. Se pozwolę powtórzyć…A niech ich chuj strzeli z tymi hiszpańskimi testami…kropka.

Jak już przy tej starości jesteśmy, zaszczyt mnie kopną i na święta w końcu napierdalałam tego biednego lokalnego Caga Tio wraz z bandą rozkrzyczanych dzieci (tak tak, w Kataloni trzeba zlać klocka drewnianego, jak się chce się jakieś prezenty wyhaczyć, bo Mikołaj tutaj nie dolatuję …oczywiście). O co kaman, więcej tutaj.

Oh… a kto to Piotr? Eeee no to muszę jakiś wstęp zrobić, co nie?! A więc Piotr to jeden z najbardziej oddanych śledzących tego bloga, który się tak po ludzku martwi jak za cicho u mnie. Zrozumiałe!

Piotr był nerwusem, z którym miałam przyjemność pracować jeszcze za czasów Polandii i tych naszych uroczych korporacji. I o Piotra to ja się bałam, bo każdego dnia myślałam, że z nerwów mi na jakiś zawał zejdzie…a szkoda by była, tak piękną żonę zostawiać i córę utalentowaną i psa słodkiego…No nic, Piotrze melduje, żyję i wino piję. A co do zawałów i Piotr rzucił cholerstwo korpo i podążył swoją drogą. Respect!

A tak na boku tego meldowania, to często wracam myślami do czasów, kiedy przyjeżdżałam do tego kraju z oczekiwaniem jakiś wenezuelskich melodramatów na każdym kroku. I tak se myślę z biegiem czasu, jak napotkani ludzie potrafią wnieś cudowne chwilę, jak wdzięczna się zrobiłam, za przyjaciół którzy zostali i trwają. Ci co przeminęli, wnieśli również wartościowe lekcje do mojego życia, oprócz tego, że większość czasu jadę po nich. Jestem kim jestem, dzięki ludziom których znam, kocham i podziwiam jak i przez tych których lubię trochę mniej.

Lipska Ty to jednak szczęście masz i chuj!

Reklamy

Sprawiedliwość – czyli kiedy los dzieli po swojemu

  Tak chciałoby się w myśl socjalistycznej myśli wszystkim po równo dowalić, tak aby każdy to same brzemię niósł, bo przecież nie majątek. Kasa to już po równo do podziałki nie pasuje, więc nie o niej dzisiaj.

  Tak sobie myślę, że to niesprawiedliwe jak ludzie potrafią być niezadowoleni z życia, pomimo że ono łaskawie się z nimi obchodzi. Jakie to pokrętne i poniekąd głupie, że posiadając wszystko i dom i zdrowie i miłość i rodzinę człowiek może tak sam pod górkę sobie robić. Szukać powodów do nieszczęścia i narzekania, do melancholii i jakiegoś dziwacznego odczucia paniki. Przecież to nie ma sensu najmniejszego?!

  Obserwuję również ludzi, którzy przedzierając się przez życiowe bagna, łokciami przekopując się przez nieprzychylne sytuacje,  nie tracą nadziei i chęci walki. Pomimo wiecznego wiatru w twarz i jeszcze soli w oczy, potrafią znaleźć spokój i pokłady optymizmu. Więc na czym polega ten fenomen? Dlaczego jedni posiadając wszystko są wiecznie nieszczęśliwi, a Ci co obiektywnie mówiąc mają wielki…tak tak na literkę „ch”, potrafią doceniać momenty i cieszyć się życiem?

  Myślę, że problem leży w tym dnie o które trzeba się wytarzać. Trzeba czasem sięgnąć najciemniejszych stron życia, aby się obudzić, aby zacząć łapać każdą chwilkę garściami. Jak człowiek stanie przed prawdziwym ciężarem, gdzie telefon to przyjaciela nie przyniesie rozwiązania, musi spojrzeć życiu w oczy. Chciałabym wierzyć, że ludzie nie muszą doznawać, aby się uczyć, ale niestety sama obserwacja świata zewnętrznego jest zbyt małym bodźcem, aby posiąść umiejętność doceniania życia. Nie łatwe zadanie brania na klatę tragedii i problemów, ale tylko takie parzenie się da realną szanse zamknąć gębę wewnętrznego marudera i zacząć widzieć.

  Ale co w sytuacjach, kiedy los dobrodziejstwem obdarowuję i wszelki problemy omijają wielkim łukiem delikwenta? Przecież na siłę człowiek nie będzie doświadczał traum, tylko po to aby leczyć się z bólu w imię lepszego zrozumienia życia….No tak, prawda..ale prawdą również jest, że dramaty leżą na ulicy, na wyciągnięcie ręki można zobaczyć i poczuć nieszczęście i na dokładkę również i niesprawiedliwość. Jest tylko jeden warunek, aby zapomnieć o własnym zasłuchaniu się w bezpodstawne biadolenie …opuszczenie bezpiecznej bańki. Zrzucenie tego absurdu egoistycznego życia i otworzenie się na innych. Zrozumienie jak życie potrafi kopać, może ma szanse któregoś dnia otworzyć oczy i dać to poczucie doceniania tego co się ma….ale to chyba bardzo intencyjne życzenie….

 

Image

źródło zdjęcia: http://www.legalteamusa.net/tacticalip/2012/11/29/unfair-competition-how-does-it-relate-to-trademark-infringement/

Jest nadzieja – czyli miłość jak puzzle

  Czy o miłość zawsze ciężko trzeba walczyć? Czy relacja może przyjść tak po prostu naturalnie i tak zwyczajnie? Czy szczęście zawsze zależy od potrzeb osoby ku twojego boku? Czy uzupełnianie siebie nawzajem to propagandowe słowa, które ciężko jest w realnym świecie spełnić? Czy miłość to przereklamowany stan wpajany nam za młodu? Czy patrzenie w jednym kierunku to wymysły naiwnych partnerów?

  Z obserwacji i doświadczeń zauważyłam, że jak wszystko, miłość też nie ma jasnych zasad i odpowiedzi i że człowiek szuka, kręci się i w kółko powtarza te same błędy. Odkryłam z zacięciem naukowca również, że pary które różnią się ekstremalnie są skazane na niepowodzenie, jeśli te krańcowe cechy są w liczbie mnogiej. Mianowicie kiedy trzeba szukać kompromisu i nie tylko tam w sposobie spędzania wolnego czasu, ale również w życiowych aspektach i wartościach – powstają utrudnienia w budowaniu fundamentu. Jak to bywa z mocnymi budowlami, jakiś solidny fundament jest potrzebny, bo bez niego przy pierwszym podmuchu delikatnej wichury chata niczym z kart rozsypie się między palcami. Jak tak pałujemy się od początku to prawda jest, że miłość to nie cudowny stan uniesienia ale jak wrzód na dupie ciężka, boląca praca. Niestety praca w przeważającej liczbie przypadków prowadzi donikąd i prędzej czy później przyniesie tylko rozczarowania, łzy i wspólne pretensje. Ponieważ można się dostosować i przymusić do wielu aspektów, ale jeśli lista różnić jest dłuższa niż cech podobnych, to brak gruntu na budowanie zaufania, szacunku i wspólnego oczarowania sobą jest gwarantowane. Bo jak ktoś wody się boi, a partner jest pływakiem z zamiłowania do ekstremalnych zejść głębinowych, to raczej wykluczyć możemy wspólne delektowanie się czasem na środku ciemnego oceanu? Niestety życie z totalnymi przeciwieństwami nie udaję się, jeśli nie mamy do czynienia z poświęceniem się z jednej ze stron i zrzeknięciem się części siebie.

  Aby wóz mógł ciągnąć są potrzebne zgrane części i dobre konie. Oczywiście jak każdy zespół, czas na dotarcie się jest na wagę złota, nie miej jednak porozumienie musi być. Wspólny bagaż musi mieć pewne stałe pasujące do siebie, bo przecież pojazdu nie ruszymy na kwadratowych kołach….

  Zaczynam twierdzić, że można poznać kogoś przy kim poczucie bycia sobą jest naturalne. Można znaleźć człowieka, który wkomponuje się w cechy przez nas posiadane, nawet takie jak aktywne leżenie i nie robienie nic. Można znaleźć osobę, która będąc inną i tak pasuje do nas samych, bo tą swoją innością wpływa na nasz charakter czy nawyki i potrafi pozytywnie je zmieniać na lepsze. Oczywiście konwertować można i na gorsze, ale wtedy to się nie okłamujmy, związek który za nogi ciągnie w dół jest po prostu bezsensowny. Z miłością powinno się sięgać gwiazd a nie tarzać się po dnie, więc takiej opcji nawet nie rozważam….

  Dzisiejszą konkluzję zamknę pozytywną myślą, bo po benchmarku mężczyzn napotkanych na mojej drodze tupet mam twierdzić, że jest nadzieja na znalezienie fajnego faceta idealnego do kanapowego indexu…..

Parę słów o kanapowej wyroczni 🙂 https://kamilalila.wordpress.com/2013/06/04/kanapa-czyli-jak-mlodosc-opadnie/

 

Na końcu będzie dobrze – czyli jeszcze nie ma końca

Pokrzepiający tekst został mi dzisiaj wklejony na facebooku, który daje do myślenia i tak jakby skupia rozdygotaną pupę w całość. Słowa mówią, że : „Na końcu wszystko będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec”. Trudno się z tym nie zgodzić, bo ja sobie wypraszam, ale nie zapraszam „nie dobrze” opcji. Jedyny problem to wzięcie się w garść i uwierzyć, że ból, rozterki i rozpacz któregoś dnia odejdą, pozostawiając miejsce na nowe przyjemne przeżycia. Znam przypadek kobiety, która traci dziecko…oczywiście ciężko komuś wytłumaczyć, że w takim momencie wszystko będzie dobrze, że rozpacz sięgająca najgłębszych zakamarków duszy zostanie kiedyś zagojona. Że noce nie przespane zamienią się na spokojny sen. Że brak nadziei w przyszłość, może zamienić się w czerpanie każdego dnia garściami. Najtrudniej jest po prostu przetrwać ten przejściowy moment, a tylko dlatego, że ludźmi jesteśmy jedynie. Mamy emocje, cierpimy kiedy ktoś nas zrani czy jak coś tracimy. To normalny stan, który trzeba zaakceptować, ale najważniejsze ale to naprawdę najważniejsze to to że cudowne dni jeszcze przyjdą. Zaskoczą nas kiedy się tego nie będziemy spodziewać. Wepchną nam szczęście w ramiona i będą uśmiechać się na każdym kroku, śmiejąc się nam w twarz, że mieliśmy czelność powątpiewać. Żałoba opisanej kobiety przyniosła jej na drodze życia jeszcze dwójkę pociech, które dały jej wiele radości, o których nawet sobie nie marzyła w dniu kiedy na rękach umarło jej własne dziecko. Każdy traci w życiu coś, ale tylko po to aby zyskać coś jeszcze lepszego. Ból jest najlepszym nauczycielem, bo potrafi skarcić i nakrzyczeć, zabrać nadzieję, wytarzać Cię w błocie własnego niepowodzenia i dzięki temu pokaże Ci kim jesteś i dokąd masz iść. Jeśli właśnie dramatyzujesz, że coś nie tak poszło, że życie już nigdy nie będzie lepsze, że już nigdy nie odzyskasz szczęścia…cóż grubo się mylisz. Czasem najbardziej pokręcone drugi prowadzą nas tam, gdzie czeka nas coś niesamowitego. Nic nie jest błędem, który nie przyczyni się do bycia mądrzejszym. Najgorsze porażki przydarzają się tylko po to, aby więcej ich nie popełnić, aby wyciągnąć wnioski. Trzeba tylko nie dać się temu okresowi gojenia się ran. Życie jest jak mój bark, który po styczności z ziemią wydawał się być połamany w ośmiu miejscach. W chwili największego bólu, nie opuszczała wizja, że cierpienie nigdy nie przejdzie i że ręka nigdy nie będzie tak samo sprawna jak była przedtem. Mijające dni powoli zabierały okropny dyskomfort, każdego dnia oddając trochę energii, a pozostawiając w zamian coraz bardziej widoczne siniaki. Po pewnym czasie nawet te ślady przypominające o wypadku odeszły a bark znów jest pełen sił, gotów do nowych przygód rowerowo-ulicznych. Wszystko będzie dobrze, bo po prostu nie ma innej opcji, bo nie po to upadamy, aby tak sobie leżeć. I lepiej sobie to uświadomić jak najszybciej.

 

https://i0.wp.com/farm2.staticflickr.com/1097/4724661665_be80641695_z.jpg

Kobieta idealna – czyli gdzie takich szukać

Czasem ciemne dni kobiety potrafią być ciężarem dla otoczenia, taką kulą u nogi dla radosnego życia. Mamy wewnętrzną umiejętność zamarudzenia głowy każdemu, żeby nie powiedzieć dosadnie że tyłka. Potrafimy przyprawić co najmniej o porządną migrenę, czasem o ból brzucha a na pewno o myśli „co ja tu robię” . Jesteśmy specjalistkami robienia dziury w brzuchu, gdzie po wywierceniu, nasze samopoczucie się poprawia, jednak wolontariusz tych boleści pozostaje w stanie krytycznym. Z jednej strony to nie nasza wina, że inni posiadając wrażliwość i troskę, płacą wysoką cenę za przyjmowania na siebie cudze problemy. Szkoda mi tych ofiar i myślę, że chyba lepiej jest przyjmować niż ofiarować te kilogramy zmartwień. Fajnie być silnym towarzyszem wspólnego maszerowania przez życie, a nie takiego ciągnącego się otyłego spowalniacza. Jako przysłowiowa matka-polka (może bez wykorzystania w pełni określenia matka przez nas wszystkie) powinnyśmy niczym pierwsza kobieta pracująca PRL zasuwać na traktorze i mieć skórę twardą niczym stal. Zamiast wiecznego depresyjnego pasażera powinnyśmy posiadać umiejętność solidnego budowania, bycia najważniejszą podporą. Taką kobietą idealną z której seksapil kapie, gotującej i sprzątającej z czystej przyjemności, kochanki doskonałej, silnej podpory psychicznej, niezależnej finansowo z zacną cechą nie rozrzutności. Do tego wiecznie optymistycznej, gotowej na zmiany i poświęcenia. Niemarudzącej, ale twardo idącej po swoje marzenia. Nie zapominając o nienagannym manicure oraz z wachlarzem pasji, którymi można pochwalić się przed znajomymi. Hmmm no prawie jak opis każdej właścicielki jajników, z malutkim zaznaczeniem „prawie”. Zatem jak być kobietą doskonałą? Czy rozwiązaniem może być zbudowanie takiej małej ściemy, gdzie uwydatniać można by było tylko zalety, natomiast zmartwienia schować gdzieś głęboko. Hmmm brzmi to jak plan doskonały. Ale czy taka nieprawda o sobie może wnieść coś dobrego. Ale czy prawda i wieczny ciężar niespokojnych myśli może wnieść coś lepszego?  A może zamiast żony prawdziwej lepiej być tylko kochanką. Taką na chwilę, bez ciężaru codziennych niepowiedzeń. No, ale jakby się chciało tak na pełen etat być w związku, to jak nie zajeździć mężczyzny i to nie w przyjemnym znaczeniu tego słowa. A może najlepiej być samą, taką wojującą wojowniczką ninja, samodzielną babeczką z jajami. Za nocy wampirzycą seksualną (nie mylić z Katarzyną W.), a za dnia wypłakiwać się w ramie psa, no bo przecież i tak nic nie wygada. Dzięki temu wielka reputacja i marka SHE IS THE ONE będzie nietknięta.

No nic zatem do dzieła! Budujmy, kombinujmy i stwórzmy tę kobietę idealną, no bo wiadomo, że nią nie jesteśmy.

 https://i2.wp.com/sociallyamy.com/wp-content/uploads/2012/08/rosietheriveter_youcandoit.jpg

Różne barwy znanej definicji – czyli czym jest miłość

Co za piątek?!?! Każde pole możliwe do porażki właśnie zostało podlane. Głowa mi pęka, oczy się kleją a warga od przygryzania po prostu zaczęła krwawić. Dzisiejszy a na dokładkę dorzucam również i wczorajszy dzień, śmiało mogę nazwać thrillerem psychologicznym, połączonym z kiepską czarną komedią, przeplatany z ciężkim melodramatem. Każdy kto wkurzyć mnie mógł, właśnie to zrobił na ocenę celującą. Generalnie focha mam na złożoność pokomplikowania sobie życia w pracy, do tego foch na ludzką paskudność i nawet foszek idzie na kuriera, olewającego moje pietro. Ale dziwnie jakoś, bo choć głowa pęka to jakoś spływa to wszystko, jakąś boczną rynną. Tak odrobinę mniej się tym wszystkim przejmuję niż jeszcze jakiś czas temu. Cofając się w czasie, w taki dzień jak dzisiaj wpatrywałabym się w punkt na ścianie, oddalając się od każdego i wszystkiego, za to do nieprzyjemności zamęczając swój organizm. Może ta przemiana to dzięki fajnej książce, którą dorwałam ostatnio (btw polecam) albo może to przez niezwykłego mężczyznę którego posiadam. Ciekawe, że życie mnie wciąż tak zaskakuje, choć taka stara się zrobiłam. Tak znienacka podsuwa mi nowe definicję, tego co wydawało mi się dobrze znane. Dowiaduję się, że miłość potrafi mieć tyle różnych barw, o których świadomości istnienia nie miałam. Potrafi dawać w jednej chwili radość na zmianę z cierpieniem, jest wsparciem a zarazem potrafi podciąć nogi. Nie wiem dokąd mnie doprowadzi ta tęcza, czy do szczęśliwego zakończenia czy będzie tylko smakiem starych wspomnień. Jedno wiem na pewno – nigdy nie poznałam tak piekielnie inteligentnego faceta. Faceta, który potrafi nawet z najmniejszej pół-słówkowej rozmowy, prowadzonej bocznymi drogami dojść do sedna. Nie znałam nigdy osoby, która stawiała mi więcej życiowych wyzwań i pchała mnie tak bezczelnie do przodu. Nie poznałam nigdy mężczyzny o tak odmiennych przekonaniach, z którym można znaleźć wspólny mianownik bytowania. Łączy nas wszystko i nic. Jesteśmy zupełnie nie tacy sami. Posiadamy inne korzenie, inną wiarę, inne pasje, inne poglądy polityczne, inne podejście do życia, inny sposób wyrażania uczuć, nawet wiek nas różni. A mimo to czuję się na wskroś znana, nawet z perspektywy z której sama znać się nie chcę. Czuję się jak w przyjemnym tandemie, choć nie wiem dokąd zmierza i jak się nim kieruje. Różowych okularów nie ma, ani nie ma ślepego zadurzenia się bez pamięci. Nawet salsy nie ma. Za to jest coś dziwnego, co ciężko mi zdefiniować. Pierwszy raz nie chcę nikogo przekonywać o słuszności mojej decyzji. Pierwszy raz nie planuję, nie naginam rzeczywistości, ani nie poświęcam siebie i przyjaciół. Odkrywam lepszą Kamilę, jakąś trochę taką mniej na pokaz. Nie krzyczę już do świata, jaka szczęśliwa jestem, skrywając przy tym łzy pod poduszkę. Cieszę się z miliona drobiazgów, zachłannie biorąc więcej niż przysługuje. Moje podniebienie nie doświadczyło pyszniejszych obiadów, przy większej ilości obejrzanych męczy piłkarskich, których i tak nie rozumiem. Pierwszy raz czuję się szczera i wolna…….Pierwszy raz czuję się tak niepewnie. Poczucie zagrożenia, aż mnie paraliżuję. To są właśnie te barwy, które na jednym talerzu podają słodko-gorzki stek nadziewany twarożkiem truskawkowym, polane śliwkowym sosem, a do popicia sok pomidorowy.  Opisać się nie da kiedy próbujesz, przy przełykaniu następują mieszane uczucia, żołądek nie wie co ma strawić a co nie, jelita się poplątały i nie wiedzą czy transport idzie w górę czy w dół. Generalnie zaserwowane coś co zdefiniować ciężko, coś co jest przepyszne a zarazem nie do końca znane. Hmmm czy to nowe kulinarne doświadczenie, uczy mnie pierwszy raz czym jest Miłość?

 

 

 

 

Gorąco polecam fajną książkę dla niedowiarków, która pomaga niczym apap forte – „59 sekund” Richard Wiseman  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/68528/59-sekund-pomysl-chwile-zmien-wiele.

 

make your own real rainbow roses

Jak się potknąć, to przynajmnie 3 razy – czyli jak pech to pech

Jak patrzeć pozytywnie jak wszystko wali Ci się na łeb potrójnie? Czy pojedyncze obsunięcie się jakieś deski dębowej na twoje czoło to za mało? Czy zawsze muszą co najmniej trzy dechy wyskoczyć? Czy naprawdę jest tak, że jak wpadniemy w pecha to pech nakręca pecha? Zastanawiam jak opamiętać się w dołowaniu, gdy nic nie idzie tak jak powinno. Słodycze nie pomagają, bo jakoś nie mogę o nich myśleć jak jest mi źle i niedobrze. Pewnie zawsze powinno znaleźć się jakąś pozytywną stronę całego zajścia i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Ale jak zawsze problemem jest „czas”. Jak właśnie siedzisz w kałuży, pupa Ci przemarza, zakichana po pas, a przy okazji daleko do domu. Czy w takim momencie możliwe jest znalezienie tej jakże pełnej radosnej nowiny i wniosków życiowych stronę? Czy rozryczenie się wniebogłosy, informując przy okazji świat jak niedobrze Ci jest, będzie odpowiednim odreagowaniem rzeczywistości? No właśnie chyba raczej zasmarkanie z zapłakaniem wybiorę, choć jeszcze waham się czy może wcale tak źle nie jest. Jako, że w pełni kocham idealny świat i taki według jakiegoś harmonogramu, wszystkie przecinające tą wizję sytuację normalnie mnie na łopatki powalają. Nie cierpię sytuacji niekontrolowanych, oczywiście z etapu dołowania przechodzę do akcji. Ale dziś czuję się jak dziecko w piaskownicy, które prawie zbudowało babkę, ale jakiś głąb kopnął w nią piłką. No niby można było by dać w gębę łopatką winowajcy, no ale nic to nie zmieni, a najgorsze to że winowajcy tak naprawdę nie ma. O dla przykładu zawinił wiatr. Więc siedzę tak na tej kupce piasku i jakoś nie mogę sobie wmówić że ten artystyczny nieład jest nawet lepszy niż mój piaskowy zamek. No niech gęś to kopnie i niech ktoś z bani jeszcze poprawi. Idę na kawę!

https://kamilalila.files.wordpress.com/2013/02/286100257eportrait-of-baby-crying-posters-713652.jpg?w=225