Życie na emigracji – czyli o przyjaźniach

Powoli zaczynam przenosić energię i wenę na angielską wersję mojego bloga – www.behindthelippi.wordpress.com, choć wiem że polscy zaglądacze nie będą pocieszeni.

Ale ok, żeby nie było, że taka paskuda jestem, niech i coś po polsku skapnie. A więc co mi ostatnio leży na wątrobie….ufff sporo tego się nazbierało, bo generalnie jestem w dołku emigranta. Choć czasem jeden dzień odmienia stan całkowicie i z mega emocjonalnego doła wskakuje na wyżyny super samopoczucia. Nie mniej jednak życie na odległość ma swoje negatywne skutki, takie jak przyjaźnie, bo nie ma co ukrywać – relacje wymagają czasu. Są też innej jakości i formy, bo jak za dzieciaka się nazbierało przyjaciół z którymi nieprzerwanie, pomimo upływu czasu można pogadać o pupie, pieczeniu, nowych technikach powiększaniach rodziny albo tak po prostu o błahych sprawach, tak za granicą człowiek się uczy, że przyjaciele się dzielą. Na takich co za-imprezują, takich co na kawę pójdą a tematy nie przekroczą żadnych tabu, i na takich co są tematycznie z tobą powiązani miejscem pracy.

Najbardziej boli i chyba boli to o wiele silniej niż w Polsce, kiedy odkrywasz że wysiłek włożony w relacje jest tyle wart co wczorajsza kawa – była, minęła. Ciężko o wspólne tematy na większej liczbie płaszczyzn więc jak ktoś się znajdzie, to człowiek się gimnastykuje aby taką znajomość za wszelką cenę utrzymać…..no właśnie ale jak to się mówię, że to tanga trzeba dwojga i skoro druga strona, twoją osobę traktuję jak daleką ciotkę, z którą wypada pogadać żeby niebyło, aniżeli jak przyjaciela jakim sobie wyobrażać…idealizujesz.

Cóż ludzie się podobno zmieniają, choć chyba prawda jest bardziej bliższa, że zmieniają się oczy…bo albo klapki się ma i się nagina rzeczywistość, albo nagle opadają i widzi się prawdę, taką na golasa. I jak moje przemyślenia z jakieś 2 lata temu były, że lepiej energię z byle jakich partnerów przerzucić na przyjaciela to tak stwierdzam, że zamiast tracić jakąkolwiek energię, człowiek powinien pomyśleć o sobie, nie angażować się tam, gdzie Cię wcale go nie chcą i nie dawać z siebie tak wiele, myśląc że ktoś się nagle przebudzi i zrozumie. Po co potem odchorowywać i zarywać noce przez potok łez…nie warte tego.

different-points-of-view

zdjęcia:http://jesusgilhernandez.com/2013/12/23/taking-opposite-points-of-view/

Reklamy

Stara się robię – czyli kiedy z najmłodszego robaczka stajesz się najstarszą rurą….

Nie wiem kiedy i jak, ale z zaskoczenia mnie wzięła tranzycja z bycia najmłodszą pośród murów korporacji do….grona najstarszych. Posiadanie 29 lat stawia mnie w obliczu (oprócz większej liczbie zmarszczek na które się nie zgadzam jak i zwiększonego libido, które mnie tylko wnerwia) tej bardziej doświadczonej, która ma prawo powiedzieć…”kiedy byłam w Twoim wieku”

 

Czas upływający widzę po dziecięcych aktorach, którzy dawno dzieciakami już nie są, co najwyżej na koncie mają po milionie odwyków i setek nieudanych małżeństw. Roluje mnie ten kalendarz, no ale cóż muszę na klatę to wziąć póki co, może kiedyś, ktoś jakiś eliksir wymyśli. Zaskakujące jest to, że wcześniej lubiłam trzymać sztabę z najmłodszymi w firmie, a teraz widzę małe przeszkody. Jak mam do czynienia z paniusią w wieku 21 lat z wiecznie pozwalającą sobie na nieadekwatne komentarze, które wydają jej się zabawne to moje przyzwyczajenia idą się walić gdzieś w kąt. Ciężej się przyjaźnie zakłada, bo od zawsze było mi ciężko znaleźć nić porozumienia z dupami, z którymi tematy do rozmów sprowadzają się najwyżej do nowych ciuchów posiadanych a co dopiero teraz kiedy różnica wieku sięga 8 lat. Psychiczna pewnie z 28, ale to już inna historia. Jedyny pozytyw jaki widzę to większa pewność w wypowiadanych opiniach, bo jakoś naturalnie wychodzi że z wiekiem i doświadczenie idzie w górę. Jestem wstanie również przejrzeć zagrywki bardziej precyzyjnie i różne relacje i współzależności. Choć co prawda jakoś nie idzie to w korelacji z większą sumą na moim koncie…no nic, mam nadzieję że moment tworzenia własnej „korporacji” jest już za rogiem.

 

W między czasie, muszę się do czegoś przyznać, a mianowicie Ja, czyli stara rura postanawia zamieszkać z kimś jeszcze raz….Mijają właśnie 2 lata od posiadania własnej wynajmowanej kawalerki, gdzie jedna łapa mojego psa w kuchni plus pół uda mojego powodowała tłok uniemożliwiający swobodne poruszanie się. To dopiero niezłe jaja, jak byłam młoda…znaczy się „za Twoich czasów” to mieszkanie i przeprowadzanie się było bardzo ekscytujące i wyczekiwane…A teraz to sama nie wiem.

 

Jak jeszcze rok temu, trułam dupę swojemu byłemu, aby zamieszkać razem to tym razem, chyba nie jest mi tak spieszno…cykam się jakbym pierwszy raz miała z kimś zamieszkać a prawda taka, że to moje…4 podejście. Ale chyba to pierwszy raz….świadomy i pełen doświadczeń na barkach. Wiem jak smakuje życie wspólne, ale jeszcze lepiej wiem jak smakuje wyprowadzanie się. Radę sobie dam w każdej sytuacji i może nie powinnam wyciągać od razu wątku rozstawania się, ale przygotowanie się na awaryjne lądowanie zawsze jest wskazane.

 

Próbuję spokojem siać dookoła, ale w wewnątrz się aż gotuję, zasypując się tysiącem pytań o to czy oby na pewno chcę się wpakowywać w te całe zaufania, obcowania i inne tam sprawy związane z poważniejszym związkiem. Nauczyłam się być totalnie w swoim świecie, a tutaj będę ten świat dzielić. Skrupulatnie stawiałam mury i przyjemnie się rozleniwiałam w dostosowywaniu się do kogoś innego niż do siebie samej, no i może do włochatego. Licznik lat leci na łep i szyję a ja ciągle se powtarzam „jakby co to się nie martw, zawsze możesz wszystko zacząć od nowa”. W końcu moje posty z życia singla były fajne i kreatywne, a co się przy tym naśmiałam to moje. Oczywiście prosto się mówi, bo tak naprawdę mam po dziury w nosie ciągłego zaczynania od nowa…

 

Zauważam, że czym starsza tym czas ma większą wartość. Kiedyś mogłam trawić go na niepotrzebne doświadczenia, na facetów nie wartych nawet uwagii a co dopiero mojego czasu. Teraz jak se myślę o zmarnowaniu choćby odrobiny to od razu dostaję nerwobóli. Dodatkowo mętlik w głowie taki, że czasami nie wiem czy dzień czy noc jest. Reakcja spowodowana jest tym, że po prostu gacie mi się trzęsą ze strachu, bo nie mam siły na kolejne pomyłki….

 

Image

źródło zdjęcia: http://rozmawiamy.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?6

100HappyDays – czyli Kamilalila podejmuje wyzwanie

Wyzwanie wyzwanie wyzwanie! Przez następne 100 dni każdego dnia podzielę się czymś malutkim co sprawiło, że poczułam szczęście. A co tam! Oczywiście zachowam jakieś ramy przyzwoitości i zamiast wibratorów i orgii wrzucę zdjęcie które dopuszczone są dla niepełnoletnich 🙂

A ty podejmiesz ze mną wyzwanie udowodnienia sobie, że bycie wdzięcznym i radość z małych rzeczy ma sens?

Więcej na ten temat: http://www.100happydays.com/pl

A mój instagram: http://instagram.com/kamilalila07

Życiowi hejterzy – czyli słowa otuchy

Dość długo się zbierałam do opisania tego zagadnienia, choć z jednej strony zjawisko nie raz doświadczane przez wielu z nas, to jednak dość trudnym tematem się okazuje. Zagłębiając się w problem odnajduję, że różnica pomiędzy reakcją na słowa, które za wszelką cenę chcą nas ograniczyć lub umniejszyć nasze marzenia i cele jest bardzo zależna od nas samych. A zaczynając od początku…

Od małego spotykałam na swojej drodze życiowych hejterów, którzy z całego serca życzyli mi źle, posuwając się nie kiedy do władzy posiadanej aby tylko w imię fałszywej pomocy dopieprzyć. Od pedagogów z polskich realiów, którzy nie lubiąc matki podopiecznego, dawali popalić poniżając i próbując ośmieszyć na forum większej grupy. Prawdziwym rodzyneczkiem była pewna nauczycielka z zerówki która uznała, że jako dziecko które dopiero co dołączyło do placówki nie nadążam za resztą. Małym nieistotnym szczegółem był fakt, że w tej grupie która znała się dobre parę lat byłam zupełnie nowa. Wniosek wielmożna wysnuła niezły ponieważ domniemała, że muszę mieć rozwojowo-mentalne problemy bo jakoś słabo mi idzie przyswajanie materiałów wraz z asymilacją z grupą. I tak oto rada wykształconej Pani Pedagog była, aby tą czarną owce w postaci mnie samej…przenieść do szkoły dla opóźnionych dzieci. Zatem pierwszy hejter na długiej liście się znalazł i rozpoczął zmierzanie się z niezrozumiałymi postawami ludzi nieżyczliwych. Idąc za radą takich oto wybitnych myślicieli człowiek mógłby się zamknąć w sobie i zostać spapranym dożywotnio…Bo ja świadomość miałam, co Pani na myśli miała mówiąc szkoła specjalna i niedorozwój intelektualny nawet nie zbaczając na posiadanie zaledwie 6 lat. Cóż nie ona pierwsza próbowała słowami wpłynąć negatywnie na moje życie.

W podstawówce to w ogóle najchętniej by mnie publicznie zlinczowali i stawiali za wzór na życiowego przegranego, który nic w życiu nie osiągnie i z pewnością zostanie wyrzucony z każdej szkoły…tak przynajmniej twierdziła następna udana pedagog w postaci dyrektorki szkoły. Czym dalej wlazł tym więcej drzew, historii mogłabym sypać z rękawa miliony i zawsze w ten sam deseń, choć co prawda rolę się trochę odwróciły bo z nienawiści ze strony nauczycieli hejter style przerzucił się na dzieciaki. Oj, ile razy czułam na plecach ten oddech nienawiści i chęci pociągnięcia za nogi albo najchętniej wrzucenia z jakąś ciężką skałą na dno porządnego głębokiego jeziora. Z jednej strony rozumiem obawy, bo jeśli ktoś robi coś na przekór i nie podporządkowuje się grupie to jest po prostu podejrzany. Nie mniej jednak czasem zdarzało się, że ludzie pobieżnie mylili wyniosłość z nieśmiałością do zagadania pierwszemu, albo oddawali się grupowemu myśleniu podążając za skrótami myślowymi dalekimi od prawdy.

Żebym ja choć w połowie usłyszała słowa świadczące o wierze we mnie jak i w moje zdolności czy zamierzenia co słów że się nie nadaję, nie pasuję i żebym w ogóle nie próbowała to bym mogła na kilogramy je sprzedawać. Od najmłodszych lat nawet najbliżsi starali się mnie bronić przed światem, wmawiając abym niczego nie próbowała, bo z pewnością mi się nie uda i tylko będą się ze mnie wszyscy śmiali… Cóż jedyne co wiedziałam, to że słowa na klatę muszę brać i że one są tylko wydźwiękiem, nie niosącym prawdziwych treści i z pewnością mnie nie definiują. Bo jeśli tak by było, to przecież nie byłabym tu gdzie jestem teraz, z osiągnięciami i doświadczeniami, które mam na koncie. Jeśli dałabym sobie wmówić te miliony słów zaburzające samoocenę pod każdym względem, dziś byłabym anorektyczką na skutek usłyszenia tyle razy uwag na temat grube to grube tamto. Byłabym myszą pod miotłą,  gdybym uwierzyła że stawianie sobie celów jest zbyt trudne do osiągnięcia i z pewnością tylko porażka na mnie czeka. Byłabym dziś tłumokiem, gdybym dała sobie wmówić że szkoła specjalna i zawodówka jest dla mnie idealną ścieżką kariery. Byłabym dzisiaj w czarnej dupie, gdybym dawała sobie zabrać własną zuchwałość do marzeń i śmiałość do podążania za nimi…

Dziś tego posta nie piszę, aby pojechać po systemie edukacji, rozzłoszczonych rówieśnikach czy rodzinie pełnych niedowiarków, ale po to aby dać przykład że słowa nawet zasłyszane za dziecka nie mają mocy zdefiniowania nas samych. To my dystrybuujemy ich znaczenie i co z danym fantem uczynimy. Oczywiście można się poddać, wziąć pomyje na głowę i żyć we własnym cieniu całe życie. Można też pojechać ostro i stać się większym hejterem niż miało się samemu do czynienia. A ja tak sobie myślę, że warto pamiętać kim się jest naprawdę a słowa otuchy pod tytułem „niech Ci się podwinie noga ty..taka czy owaka” wziąć z uśmiechem na twarzy i iść dalej w swoją stronę. Dzień porażki nastąpi jedynie wtedy kiedy sami się poddamy, a nie kiedy nam ktoś to wmówi.

Image

źródło zdjęcia: http://www.picstopin.com/612/being-different-is-something-to-be-proud-of-thank-god-its-monday/http:%7C%7Ctgimpage*com%7Cwp-content%7Cuploads%7C2013%7C03%7Cpeople*jpg/

Bieganie – czyli kiedy głowa się przełącza na myślenie

  Zawsze wyszukiwałam tysiące wymówek, a to że czasu nie mam, a to że nie wiem jak oddychać powinnam albo że za słabe mięśnie mam aby móc uprawiać jogging. Chyba śmiało mogłam się zaliczyć do tych osób, które potrafią więcej włożyć wysiłku w przygotowania w pomysł potrenowania niż w sam trening. Generalnie ten sport nie dla mnie był i z tą myślą się pogodziłam, nie robiąc sobie zbytecznych wyrzutów sumienia na ten temat. Warto w tym momencie nadmienić, że sport ten zakropiony jest traumą, którą przeżyłam kiedy to mnie, przedstawicielkę beztalencia sportowego wepchali na jakieś zawody. Oczywiście powód był bardziej na zapchanie dziury niż na oczekiwania, że mogę coś osiągnąć. No i nie ukrywajmy, że dzięki temu miałam dzień poza szkołą, co stanowiło wystarczający motywator, aby bez namysłu się zgodzić. No chyba z jakieś kilometr coś miałam biec, no przecież to pryszcz dla mnie, wciągnę nosem i w ogóle przecież pobiegnę z laskami z klasy sportowej do której o jakieś dziwo (podstawnie) mnie wcześniej nie przyjęli. No nie ma bata, medale będą i honory dla szkoły. Generalnie miało być pięknie i z chwałom, niestety mały szczegół się wdarł, którego jakimś cudem nie przewidziałam…. A mianowicie nie wpadłam na pomysł, że pod wpływem adrenaliny wytworzonej na widok dziesiątek gapowiczów i to na dodatek z własnej szkoły, mogę się jakby zapowietrzyć i dzięki mnie cały zespół może przegrać…Jak nie przeprosiłam 15 lat temu, to się przyznaję teraz i głośno powiem PRZEPRASZAM dziewczyny….

  To nie koniec złych skojarzeń…..Pamiętam jeszcze jeden sen, który prześladuje mnie od zawsze. Mniej więcej wygląda tak:

Jestem w wielkim zagrożeniu i próbuję biec, pomimo że ruszam nogami stoję ciągle w miejscu, nie mam kontroli i nie jestem wstanie uciec od oprawcy który zależnie od snu albo mnie zabija albo gwałci. Co prawda po przebudzeniu zawsze wracam do snu, aby całą sytuację przeanalizować jeszcze raz i w momencie zagrożenia wyjść z obroną ręką. Schemat od lat ten sam, dwa sny, jeden z fiaskiem drugi z poprawkami a wszystko w towarzystwie niemocy w nogach. No i tak oto, jak człowiek ma lubić ten sport? Przecież to samo zło i do tego jeszcze człowiek się spoci….

  Nie wiem co się stało, ale coś we mnie pękło parę tygodniu temu i to pękło kiedy moja przyjaciółka po ciężkim dniu zapłakana została na noc. Rano wstałam i niczym gąbka nasiąknięta bólem i ciężarem problemów bliskiej mi osoby poszłam pobiegać z psem. Teoretycznie robiłam to od czasu do czasu, pokonując jakieś jedno okrążenie parku które może daje z kilometr. Dla mojego sportowego ego było to wystarczające osiągnięcie, aby wmówić sobie że się „sportuję”. Tamtego poranka jednak coś się zmieniło. Pierwszy raz nie myślałam o bieganiu jako czynności, o tym że to takie męczące, o tym że nogi mnie bolą i że generalnie nie lubię tego sportu. Zamiast standardowego marudzenia zaczęły przelatywać mi obrazy, rozmowy i myśli które doświadczyłam w ostatnim czasie. Zaczęłam prowadzić wewnętrzną rozmowę, analizować i argumentować. I nagle 3,5 km strzeliło…Byłam super szczęśliwa, bo to wyczyn nie lada, ale najważniejsze chyba było to, że po tej rozmowie z samą sobą poczułam się lepiej.

  Od tamtej pory zaczęłam biegać regularnie, po parę razy w tygodniu. I tak oto każdy kolejny raz przynosi mi jeszcze większy spokój. Biegam po pracy jak i przed, na zmęczoną i na zrelaksowaną, na pełnym kacu jak i na chwilę przed imprezą. Nie mam pojęcia jak oddycham, nie mam pojęcia czy bolą mnie nogi, czy ktoś się patrzy, czy wyglądam śmiesznie….po prostu biegnę i rozmawiam sama z sobą. Co prawda ten stan następuję po jakiś 2 km, ale jak już przychodzi to prowadzę rozmowy z byłymi, z szefem jak i z ludźmi którzy zaszli mi za skórę. Dystansuję się i nagle odpowiedź przychodzi sama, przychodzi wewnętrzne wyciszenia i harmonia, taki intymny moment z samą sobą wraz z własnymi ograniczeniami. 

  Dziś pokonałam pierwsze 10 kilometrów, biegłam trasą bardzo dobrze mi znaną, mijając miejsca które były częścią moich pierwszych barcelońskich doświadczeń. Uśmiechnęłam się kiedy minęłam ścieżkę na 5 kilometrze, którą miałam problem pokonać kiedy mieszkałam w tamtej dzielnicy. Przypomniałam sobie jak z zadowoleniem w głosie oznajmiałam w domu, że udało mi się jej odcinek przebiec…dzisiaj była małym fragmentem, który przyniósł wspomnienia i dialog, wrócił do kilku niewypowiedzianych słów i nierozwiązanych sytuacji.  Kiedy dotarłam do domu poczułam się wolna i szczęśliwa, spełniona i dowartościowana. Choć dalej jakoś nie bardzo pcham się na ścieżki gdzie dużo ludzi chodzi tak na wszelki wypadek, aby część mnie która chciałaby zabłysnąć swoim ego nie zapowietrzyła drugiej. To nagle bieganie staje się moją izolatką dla problemów, wycieczką w głąb siebie, gdzie odnajduję spokój wymieszany ze zmęczeniem i potem.  Odnajduję siebie….

 

Image

źródło zdjęcia: http://www.boyne10k.ie/training_beginner.html