O co chodzi z Katalonią – czyli oczami obcokrajowca mieszkającego w sercu Katalonii.

Piszę z sercem krwawiącym i ze łzami w oczach jak kraj, który stał się moim domem, właśnie rozspada się w kawałeczki. Najbardziej jednak boli mnie to, jak władza miłość okazuje krwawymi siniakami… ale do tego dojdziemy później.

O co chodzi z Katalonią i ich „Indepedencia”? 

Prawie każdy obcokrajowiec, który zakochuję się w Barcelonie, myśli że to całe zamieszanie o „wolność” ma sens, bo przecież jest piękne miasto co chce być wolne, to czemu nie! Czar jednak pryska przy pierwszym spotkaniu zagorzałego pro-indepedencia katalończyka (to taki co tylko odłączenie widzi za sens bytu). Oni to potrafią napieprzać na ten temat godzinami i generalnie kończy się na emocjonalnych argumentach „że jesteśmy inni i ty nigdy tego nie zrozumiesz”….Cóż, takie podejście jakoś nigdy do mnie nie przemiawiało i nie raz bardzo głośno mówiłam, że ta cała „wolność” to stek bzdur. Nie mniej jednak, aby mieć więcej argumentów dla tej tezy, uczestniczyłam w debatach, jak i zamęczałam bułę wyedukowanym ludziom za i przeciw, żeby zrozumieć problem dogłębnie. Podkreślenie edukacji jest ważne tutaj, bo ludzie na ulicy spotkani często nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie ” a czy wy kiedykolwiek byliście państwem?” zatem dysputy naprawdę sprowadzają się do poziomu „M jak miłość”

Trenowałam umysł parę lat i jako, że i episod związku z facetem z Madrytu miałam, temat nie raz poruszałam z ludźmi stamtąd. Przez pewien czas miałam jedno podsumowanie – Ci sami ludzie po dwóch stronach muru – tak samo się nie lubią, tak samo skaczą sobie do gardła. Ale…ale jest w tej historii jedno duże ALE  – „a kto to Katalonia i w ogóle o co im chodzi?”…

Historycznie biorąc pod uwagę, Katalonia bliższa Francji niż Hiszpani, czego przejawy można zauważyć w języku katalońskim. Od XVII wieku, księstwo Aragońskie (z którym mieli Unię) połączyło się z Kastylią i znaczenie Katalonii zaczęła być marginesowane (pojechałam tutaj mega skrótem, ale dla tych co więcej dat chcą i informacji, warto nawet zajrzeć na wikipedie). Wracając do tematu …od tej pory w większym lub mniejszym stopniu język i kultura katalońska będzie stłamszana. Wybuchnie parę krwawych powstań, za każdnym razem będą stłumione z licznymi ofiarami śmiertylnymi. Najlepsze jaja dla nich zaczynają się jednak, za czasów wspaniałego generała Franciszka Franco (a propo, to jego rodzice mieli jednak poczucie humoru z doborem imienia…). Ten mały hitlerek wybił do 400 tyś ludzi tylko i wyłącznie, aby spełnić swoje marzenie o „jedności narodu”….narodu, który tak naprawdę był skupiskiem kilku nacji, z różnymi językami i kulturami….Katalonia krwawiła, język był zakazany a religia na siłę wpychana. W każdej rodzinie katalońskiej pozostała rana po tamych czasach, gdzie jakieś zamordowany członek rodziny się trafił. Trochę tak jak u nas po Hitlerze czy Stalinie, choć co prawda u nas więcej ludzi zostało wymordowanych, no ale tutaj nie konkurs na liczbę grobów.

Po dziesięcioleciach przyszła kolej na demokrację i układziki, na których Katalonia ruchana była i to nie raz (kolejny skrót historyczny, bo jak i ile razy została wydupczona to można śmiało książkę pisać, warto również pogrzebać po żródłach). Co do najnowszej historii – Od pięciu lat obiecywane były jak i fundusze, jak i większe autonomiczne prawa (nawet dokumenty były podpisane), ale że oni to się stawiają tylko poprzez wyjście na ulicę, pośpiewanie piosenek i opatulenie się we własne flagi – byli ignorowani.

Ja ich też ignorowałam, bo jak brać kogoś na poważnie kto wygląda na nacjonalistę bez argumentów podstawowych odnośnie ekonomii, członkowstwa w Uni Europiejskiej czy też prostego pytania czy w ogóle Katalończycy chcą być odłoczeni. Rodziny są tutaj mieszane, i tak np. ojciec mego faceta, sercem, duszą i dna jest od tych, co kochają krew byków i słowo „indepedecia” powoduje u nich co najmniej ciężką alergie. W kataloni jest wiele takich rodzin, podzielonych tak jak w Polsce na tych co za Kaczorem i przeciw…

Mój światopogląd jednak zaczął trochę przecierać oczy, kiedy nierówne traktowanie zaczeło i mnie dotykać. W sporcie wyczynowym, jeśli jesteś z Katalonii i nie jesteś ze sportów takich jak piłka nożna, to śmiało możesz pocałować kogo chcesz w dupę, bo ani trenerów ani kasy nie zobaczysz. To była pierwsza pobudka, druga niestety zaczeła narastać jak premier wszystkich, umniejszał ludziom protestującym na ulicy. Tak jak w Polsce – wychodzą tysiące a rząd napierdala, że spacerowicze…Jedyna różnica taka, że w Polsce rząd boi się tłumu…tutaj wysyła się na nich pro-militarną policję. I tak własnie dojeżdżamy do tematu ich referendum. Od lat piłują i od lat są ignorowani i prawa o zadecydowaniu o własnym losie nie mają. Problem jest, że jak ktoś im da dojść do głosu, to staną się wzorem dla innych regionów, które też mają w dupie Hiszpanie.

I tak od lat Katalończycy bawią się w referendum, które jako że nie zgodne z konstytucją, na poważnie nie jest brane… W tym roku jednak, rząd kataloński mniej podzielony niż wcześniej, bystrze wymyślił, jak obejść prawo i ustanowić samozwańcze Państwo, jeśli tak lud wybierze w referendum….No i tutaj zaczyna się nieudolna polityka, zakompleksionego Rajoya, który wysyła policję do pałowania, zabierania urn, kart do głosowania, blokowania miejsc gdzie takie referendum mogłoby się wydarzyć…bo przecież jak nie damy im zagłosować, to sprawy nigdy nie było, czyż nieprawda? No nic tylko siedzieć i podziwiać, że komunistyczne gierki są jeszcze wykorzystywane w XXI wieku…

Dziś wysłuchałam, co król o całej tej sprawie miał do powiedzenia…no cóż co miał powiedzieć? Że sorry, że wam babcie napierdalamy i lubimy skakać ludziom po głowach jak mają recę w górze? Pogadał o okropnym postępowaniu wyrodnych katalończyków, których nawołuje do jedności. Bo przecież warto tkwić w związku, w którym mąż Cie okłada, bo przecież ważne że On Ciebie w ogóle chce w tym małżenstwie, co nie?….

Pomimo, że kataloński jest paskudnym językiem i pomimo, że większość ludzi nie bardzo kuma co oznacza odłączenie i że biede bedziemy klepać wszyscy razem, a podatki na jednoosobowe firmy będą jeszcze większe…dziś możecie nazywać mnie „Independista”, bo jak nigdy czuję ból tych zakrwawionych babć, które płaczą na ulicach….naszych ulicach.

Reklamy

Kiedy deprecjacja nas jako kobiet…nie jest cool – czyli o tym, że już mnie nie śmieszą seksistowskie komentarze

Kiedyś myślałam, że aby pozostać cool laską to trzeba się śmiać najgłośniej z dowcipów o głupich babach i przy każdej nadarzającej się okazji, pojechać sobie po rajtach z tekstami – a bo blondyna jestem.

Dziś wystarczająca stara jestem, aby dostrzec nonsens i głupotę w dyskryminacji i umniejszania czyiś zasług tylko dlatego, że waginę się nosi pomiędzy nogami. Generalnie daleka jestem od feministycznych tesktów, że wszyscy po równo, bo nie zamierzam w kopalni pracować i zgadzam się, że pewne różnice pomiędzy nami są.

Ale rzecz tutaj rozbija się o wpychanie nas w pewne stereotypy, które są po prostu niesprawiedliwe. I tak na przykład, uznanie, że prać i sprzątać powinnam ja, bo kobietą jestem …jest co najmniej absurdalne. Ale jak ktoś umniejsza mojej pracy, to już mi gula skacze porządnie. Ja rozumiem, że praca cały dzień przed komputerem, wygląda na relaksującą…zwłaszcza jak się pracuje zdalnie i nie rzadko również w piżamie. Nie mniej jednak czasy się zmieniły i tak oto pracą nazywa się również selfie w nowych ciuchach i blogowanie…i nic w tym złego, bo jak jest popyt to i jest podaż. Teraz już nie tylko praca w fabryce definiuje “ciężkość pracy” bo przysięgam, że czasem tak się umorduję przez te maile i dziwne zapytania, że już wolałabym przenosić siaty z gruzem..przynajmniej w tym dniu.

Wkurwia mnie, mówiąc bardzo dosadnie, kiedy bliscy mi pojadą, niby to w żartach niby pół serio, że mogłabym posprzątać mieszkanie skoro nic nie robię cały dzień…Albo że posiadanie sprzątaczki, która by zajrzała raz na tydzień i ogarnęła prasowalnie i porządne odkurzanie…to wydatek zbędny, bo przecież zaoszczędzoną godzinę mego życia, bo przecież nie mojego mężczyzny to marnotrastwo, skoro i tak beztrosko ją wydaję na siedzenie i oglądanie programów przed kompem. I teraz…taka sytuacja nie ma miejsca nigdy biorąc za przykład mojego lubego…Jemu nikt nie zarzuca, że pracę ma nie na serio i że po robocie powinien zapierdalać z porządkami i gotowaniem. Z niego nikt nie żartuję, zarzucając że praca jego polega na oglądaniu filmów cały dzień…No nikt nie pojedzie po nim, bo przecież po pierwsze jest facetem i jego praca jest podstawą rodzinnego budżetu (chroń mnie boże…) jak i jest tak na serio, bo przecież musi się wbić w koszulę i rozmawiać z klientami w cztery oczy a nie jak ja …online.

Choć co do koszul, to i mi się zdarza ponosić, może niekoniecznie pasującej ze spodniami dresowymi, ale tego nikt na skypie nie widzi.

Sorry…ale to że jestem babą, nie plasuje mnie na pozycję głównej zarządzającej domowymi powierzchniami do sprzątania. Praca z domu…co dosłownie oznacza używanie domowego IP, nie jest mniej znacząca niż jaka inna praca wykonywana w modelu bardziej tradycyjnym. Przeliczając sobie moje stawki godzino-pracy mogę śmiało powiedzieć dość dużej części męskiego grona – Możecie się walić.

Torba na spermę – czyli żyj Kobieto w Polsce…

Codziennie aż mnie nosi, jak widzę  te nowe wypowiedzi fanatycznych dzieciojebów, którzy kobietę pojmują w kategorii bezmózgowego worka na spermę. A i jeszcze pamiętajmy, że do Japonii też nie powinna jechać, bo nie zdąży tego nasienia w pełni wynosić.

Szacunek do religii mam i to ogromny, bo jak ja z punktu widzenia ateistki udowodnić nikomu braku istnienia boga nie mogę, tak nikt mi dowodów na istnienie też nie poda. Życie oparte jest na szacunku, i dopóty jesteś dobrym człowiekiem dopóki pełen szacun dla Ciebie ode mnie leci.

Ale co do kościoła to inna historia….Zacznę od wychwalania skromnych budynków, jakie widzę tutaj w Hiszpanii. Nikt nie buduje gmachów ze złota i Jezusów na 10 metrów wysokości, bo miłość do Boga nie potrzebuję niczego innego niż dobrej woli. Przechodząc dalej w swojej wypowiedzi na temat mojej wielkiej miłości do instytucji religijnej wywalę na ławę rodzinne historie. Jak to na przykład ciotki żyjącej z księdzem przed lata. Uff ile tam orgii było i alkoholu, i skrobanek serwowanych przez pijanych weterynarzy do momentu totalnej bezpłodności – to już nie wspomnę. Dorzucę jeszcze pedofilów w sułtanach zostawiających malinki na szyi mojej ówczesnej 10 letniej siostry. Ale szczerzę i naprawdę, Ja nie mam nic do księży, bo znam kilku z powołania, prawdziwe brylanty wyróżniające się na tle tego bagienka…Ale problem pozostaje jeden..

Jak to możliwe, że zdrowy facet, który seks uważa za czynność oddalającą od Boga ma tyle do gadania w sprawie zarządzania moją pochwą? Bo z perspektywy baby, to faceta nawet trudno namówić na wizytę u urologa na generalne badania i tyle pozostaję nam z wciskania nosa w napletki męskie. A panowie, proszę bardzo ot to specjaliści od matczynej miłości poczęcia kazirodczego, jak i tej niesamowitej frajdy rodzenia zwłok, które szans na przeżycie nie miało. Nosz do cholery jasnej, ile można znosić ten smród władzy w naszych majtkach?

Z jednej strony normy społeczne, które narzucają na nas nalepkę „Zdziry” jak nie daj boże lubisz swoją seksualność i orgazmy możesz mieć z wieloma partnerami i nie mówię tutaj o wielokątach ale takiego ludzkiego dobrego seksu na pierwszej randce. Powiem szczerzę, Polki to jedyne babki jakie znam, tutaj za granicą które o seksie wstydzą się gadać. To jedyne, które potrzeby odkrywają grubo po 30-stce, bo wcześniej wierzyły na słowo, że seks to zło a gary to przyszłość w budowaniu szczęśliwego związku!

Widzę siebie jako fuksiarę, bo u mnie baby w domu od małego budowały we mnie dumę z posiadania jajników. Pierwszy okres był oficjalnym przyjęciem w grono kobiet a temat seksu był otwarty. Ba! Nawet jest to zawsze pierwsze pytanie, jak tylko zacznę wspominać, że spotykam się z kimś na poważniej! Od małego mnie uczono, że zarządzam swoją macicą sama i nawet jak bym miała pójść do wiezienia – nie dać się obedrzeć z godności!

Polandia…takie piękne świerki masz, i tyle historii na plecach. Te piękne krajobrazy i tą moc w cwaniakowaniu. Te pyszne pierogi i prawdziwy chleb, te urodzajne kobiety i wrodzone uwielbienie do tradycji…A jednak próbujesz wyruchać moją własną, osobistą godność…Dlaczego?

Matka Polka – czyli misja kwoki

Na wstępie przyznaję, tekst nie nadaję się do czytania dla matek karmiących, bo może skutkować zważeniem się pewnych produktów mlecznych…a dla reszty, no cóż jak to już bywa na tym blogu, tekst bardzo subiektywny.

To jak już wszystko wyjaśnione to mogę się brać za temat i powiem szczerzę materiałów se trochę pozbierałam! Pierwsze spostrzeżenie jakie mam, to że Matka Polka XXI wieku, różni się odrobinę od naszych matek, bo te w porównaniu z nami zawsze zrzędami były. Mam wrażenie, że one po prostu rodziły się już takie…zdziadziałe. Zatem wielkiego kontrastu pomiędzy okres sprzed pieluch w porównaniu do nocy nieprzesypanych, nie ma.

Zatem biegnijmy dalej w te moje spostrzeżenia…i tak dochodzę do wniosku, że Panie w moim wieku zamieszkujące ziemie Polandii, stawiają sobie jeden ambitny życiowy cel. Dorwać tego frajera i zaciągnąć do ołtarza, bo jak już to jest zaliczone, to w końcu można się brać za rozmnażanie! Od tego momentu, ta niewiasta co do tej pory lubiła świat i aktywnie spędzać czas, może oficjalnie stać się męczennicą!

Od tej pory oponę na brzuchu można nosić, bo przecież matce wypada wpieprzać po nocach ten boczunio na chlebku, oczywiście fit z kilogramem masła….Garderoba również ulega przemianie i zapomnieć można o tych kusych sukieneczka, teraz dominują niedopasowane tuniki anty-gwałty. Zapomnijcie o zbędnych makijażach czy rozczesanych włosach, bo matka męczennica nosi brzemię na sobie a to wymaga pewnych poświęceń!

Od tej pory za śmiertelną przeciwniczkę tego męczennictwa weźmie sobie te występne nieródki, które to tylko czyhają na ich mężów (którzy nota bene podejrzewam, że również w tym boczusiu partycypują sądząc po efektach ubocznych, choć chciałoby się powiedzieć “po-bocznych”…). Taka oto Matka Polka nie otworzy ust, do tych nieszczęśliwych, bo niezamężnych panienek, bo o czym można byłoby z takimi rozmawiać ? Takie to nigdy nie zrozumieją szczegółowej i dogłębnej analizy odchodów swoich pięknych, ciągle drących się dzieciaczków, zwłaszcza jak właśnie siada się do stołu z gulaszem…

Kwoka Polska charakteryzuję się jeszcze tym, że macierzyństwo bierze, za narzuconą powinność, którą obarcza się całe społeczeństwo dookoła. Dobitnie trzeba zakomunikować na otwartej przestrzeni, tak by każdy słyszał, że powinność dawcy spermy, kolokwialnie zwanego “ojcem” to przebranie “Jego” wypierdka, a nie daj boże rozmowa z innymi kobietami. Rzecz jasna matka biorąc na siebie ten ciężar, musi podkreślać, że dziecko posiadane zgadza się z dawcą, zatem pewne zrozumienie dla darcia się przez pół restauracji jestem wstanie z siebie wydobyć…..

Zauważyłam również, że dla umocnienia pozycji męczennicy, należy jeszcze wyjąć cycuszka do karmienia, najlepiej przy stole pomiędzy wódkami stojącymi, barszczem rozlanym i jakąś papką ziemniaczaną w akompaniamencie schaboszczaka. Dodajmy, że pora musi być też odpowiednia i tak na przykład godzinny wieczorne w okolicach porannych, czyli grubo po północy na balu sylwestrowym, zdają się odpowiednim miejscem do oznaczenia swojej matczynej pozycji. Oczywiście nie mówimy tutaj o komforcie dziecka, bo przyjmuję, że ten akurat uwielbia napierdalające disco polo.

Warto wspomnieć również rolę tatusiów w tym wszystkim, bo jak się okazuję, to matka Polka nie ma obowiązku z mężem rozmawiać, jedynie poziom komunikacji sprowadza się do wiecznego opieprzania delikwenta. Co oczywiście skutkuję, tym że Panowi próbując uśmierzyć ten ból po spadnięciu z piedestałów zainteresowania własnych żon, upijają się po kątach z kolegami, próbując nieudolnie pobajerzenia z innymi właścicielkami cycków….

 

Cóż…mi się wydawało, że jak ma się rodzinę to raczej dramatu z tego powodu nie ma…Też mi się jakoś tak naiwnie zdawało, że ojciec wspólnego dziecka nie jest wrogiem a najlepszym przyjacielem. Bezczelnie jeszcze powiem, że można nawiązać kontakt z kobietami nie posiadającymi dzieci! Ba! można nawet przyjąć, że nie każda właścicielka jajników to potencjalna kandydatka na kochankę….Ale co ja tam wiem, lepiej pójdę z psami.

 

Social śmieć – czyli kreowanie wirtualnej iluzji

Ja patrzę na te wszystkie szczęśliwe pary na facebooku, które mają tylko „fabulous life”, kilogramy zdjęć z egzotycznych zakątków i wiecznie uśmiechniętą gębę..Do tego dorzucę  te dzieci które tylko się śmieją i z kolkami nic wspólnego nie mają…to się zastanawiam czy jedynie moja rzeczywistość nie jest taka bajkowa czy może facebook oszukuje mnie każdego dnia?

Ciężko uciec od porównywań i oprzeć się pokusie przyklejenia sobie na czoło nalepki z napisem „loser”. Daleko mi do szczęśliwej rodziny, do wiecznie przepięknie umalowanych paznokci i do tej idealnej miłości w postaci serwowanych śniadań do łóżka jak z jakieś pieprzonej 5 gwiazdkowej restauracji…ba! nawet moje psy najnormalniej w świecie śmierdzą po wytarzaniu się w pobliskim błocie i daleko im to futrzanych wiecznie puszystych Instagramowych gwiazd.

Social media już nie są dziurką od klucza, służącą do podglądania innych. Mam wrażenie, że przemieniły się w dobrze zrobione reklamy, które sprzedaje jedynie złudzenia. Takie ściemy jak to pięknie wesele wyglądało, jak wszyscy przecudnie bawili się przy winie….a nikt już nie puści pijanego w trzy dupy wujka Zdzisia, który dorwał się do czystej jak stara wyszła do kibla….

Oczywiście w całej tej mieszance myśli dzisiejszych, uderzę się w pierś bo i ja puszczałam na ścianę wszystko…chciałabym powiedzieć, że tylko gołej dupy nie pokazałam, ale wyszłoby że skłamałam. Sama zaręczałam się po miesiącu i w imię tych łapeczek w górę, które gratulowały choć pewnie nawet na oczy mnie nigdy nie widziały to widzę ten świat zbudowany na iluzji. Używanie internetu do najłatwiejszych skills-ów nie należy i każdemu się zdarza sprzedać własną rzeczywistość wyżej niż naprawdę ona się znajduje…otagować się w drogich restauracjach, choć ledwo się wydobyło z portfela na kieliszek domowego…a co tam niech tym pindą ze średniej głupio się zrobi…

Wiecie co, szczerzę to już dziś mi się nie chcę tych wszystkich moich byłych podglądać, bo mam wrażenie, że smarphone-y służą tylko do budowania sobie ego…idę na wino…tanie wino, gdzieś gdzie nie ma internetu.

 

Niecierpię Polskości….-czyli wrodzona niska-samoocena

Nasza narodowa przywara to zaniżanie własnej oceny, jesteśmy genialni w omijaniu ryzyka i porad wszelakich z beczki: nie wychylali łba za stół, bo nie daj boże jeszcze ktoś Cię przyluka.

Od dziecka zawsze słyszałam, taki chyba komunistyczny spadek – nie wychylaj się, nie próbuj bo i tak Ci nie wyjdzie i w ogóle udowodnię Ci, że twoje pomysły są kiepskimi pomysłami… Słyszałam to od nauczycieli, którzy najchętniej widzieliby mnie w poprawczaku, jako posiadaczka kolczyka w nosie przecież nie mogłabym nigdzie dalej zajść. Słyszałam to od siostry, która uważała, że ja i studiowanie politologii to chory pomysł, bo przecież bo przepytaniu dogłębnym nie pamiętałam daty powstania styczniowego, oprócz wiadomego Stycznia. Nie żebym teraz pamiętała, ale łotever. Usłyszało mi się też od facetów z którymi mniejszą bądź większą przyjemność obcować miałam, że jak to ja? I bycie rozpoznawalnym projektatem, który może zainspirować inne baby?  Ba! Ja od mamy otrzymywałam te kilogramy „niedowiarowania”, bo przecież skupić powinnam się na najważniejszej życiowej misji – mężu, dziecku i stałej pracy, nie ważne jakiej pracy. Jak już jadę po każdym to i dołożę znajomym tym bliższym i tym dalszym, którzy słowa wsparcia sprowadzali do mianownika „nie ryzykuj” …

No ale jak oni wszyscy mogliby inaczej do indywidualistów podchodzić, jak już w szkole docenianie zaczyna się tylko za mówienie tego, co ze wzorem się zgadza, czyli robienie czegokolwiek wychylającego się poza ramy „średnie” jest z góry skazane na mierny. My to nawet mamy kreatywnie klepać słowo w słowo co autor ma na myśli, z godnie z ustaleniami Ministerstwa, no bo nie przecież pisarza. Zatem jak z Polskiego grajdołka ma wyrosnąć pewna siebie osoba, która mierzy dalej niż jej mówią, że to możliwe?

Ja se naiwnie myślałam, że cwaniak jestem, że mieszkałam tu czy siam, że pogadałam nie z jednym i kawał świata widziałam a tu…kupa. Taka Polska kupa. Jestem tchórzem, który jest wstanie zmienić własne marzenia aby tylko obejść ocenianie przez innych. Jestem wstanie dopuścić, aby jeden komentarz uderzył w moje marzenia i przyciął skrzydła dążeniom. I to nie dlatego, że ambicji brak, że wytrwałości nie ma…po prostu wiara w siebie podważana jest myślą – Ty? Jako że dasz radę? No przecież to „Za wysokie progi na twoje nogi” …No my przecież przysłowia mamy, które ciągną nas za nogi w dół, a co dopiero modele do naśladowania w społeczeństwie. Aż się ciśnie na usta „Idż Pan w chuj” z tymi polskimi naukami. Chciałabym być nieprzyzwoicie zarozumiała i pewna siebie, aż do za-kichania się, tak jak Amerykanin, który wpajany od małego ma, że może sięgnąć dalej niż sobie wyobraża, bo niebo jest limitem, chociaż i to nie zawsze. Albo Niemcem chciałabym być, który wpoi swoim dzieciom, że ciężką i systematyczną pracą osiągnie cel. Nawet Żydem mogłabym być, który od małego umie liczyć na siebie i ma wsparcie swojej rodziny jak i nacji. A tak, oprócz blond włosów i dobrego wykształcenia od Polski dostałam zakompleksienie! Dzięki! Strasznie mnie to cieszy, ogromnie wdzięczna jestem za tę hojność. Żebym chociaż cycki jeszcze dostała, a tu nic…blond cienkie włosy i myśl głęboko zakorzeniona, że osiągnę nic.

 

Mój obecny status: wściekła za taką łatwość oddawania moich skrzydeł!

 

zdjęcia se zaciągnełam z http://www.papilot.pl

Insomnia – czyli gdzie leży pies pogrzebany?

Ja to z tych jestem, którzy jak ogarną gdzie leży problem ukryty, to uzdrowieni z każdych uchyleń zostają. Jak uświadomię sobie przyczyny moich reakcji, strachu czy dziwnych zachowań, od tego samego dnia już więcej nie będę zależna od tego ciężaru. Umiem sobie w głowie poukładać i nadpisać zakodowane prawdy. Dlatego daleko mi od tych co zawsze narzekają, że ciężko im, bo nielekkie dzieciństwo mieli…naprawdę? Jak chce się żyć i wybierać inaczej to się nie szuka wymówek na co zwalić by można było i jak być wstanie rozgrzeszyć własne lenistwo. Tylko problem się bierze na klatę jak rozumny człowiek, który głowę używa nie tylko do walenia w w co dopiero co napotkane nosy w pobliskim barze. No dobra, ale co jak znaleźć powodu nie można?

Tak właśnie jest z moją insomnią, która przychodzi kiedy jestem sama i ma totalnie w dupie moje plany na dzień następny. Ja generalnie należę do tych co to do napisów i to nie końcowych, zasypiają. Średni ze mnie kompan wieczornych filmów, bo wystarczy mi dosłownie 30 sekund, aby w słodką kimę uderzyć, nie zważając na odgłosy i pozycję akurat dostępne. Ale wystarczy choć jedna noc, którą spędzam sama we własnym łóżku, aby obijać się z boku na bok, przeczytać pudelka wzdłuż, wszerz i wspak. Do czynności ulubionych o porannych godzinach funkcjonowania trzeba doliczyć pasjansa, zaczepianie byłych, przeglądanie zdjęć chłopaków czy dziewczyn znajomych, pisanie postów, pracowanie, próby oglądania filmów, które zawsze dla odmiany mnie wciągają zamiast usypiać.

Wiem, wiem nie raz słyszałam, żeby po prochu sięgnąć, albo herbatki, sratki…Jeśli mogę niepotrzebnych sublemencików nie przyjmować to z tego skorzystam, bo takie tabletki to tylko leczą skutki a nie rozwiązują problem. To tak jak dodawać przypraw do nieugotowanych ziemniaków, udając że wcale surowe nie są. Muszę zrozumieć dlaczego zachowuję się jak ten pies stróżujący, gdy zostaję sama, warując i śpiąc jak na szpilkach, gdzie każda śmieciara mnie wybudzi jeśli już uda mi się jakąś powiekę spuścić.. Taki stan może trwać miesiącami, jak np. było w zeszłym roku kiedy tak z 8 miesięcy żyłam w błogim stanie singla i choć wygodnie mnie się spało w pojedynkę to i tak każdej nocy walka z sobą była.

Sprawdzonym usypiaczem jest…powrót o 4 nad ranem po paru whisky? Sprawdziłam, działa co prawda niezalecane na dłuższą metę, ale jakby ktoś się uparł… Skąd ten stan alertu podniesiony? Przecież nic się nie dzieję, ani nie mam jakiegoś fisia o to co by mój chłop miałby tam robić na tych swoich wyjazdach służbowych (oprócz nudnych wieczorów z grami strategicznymi na komórce w hotelowych pokojach). Próbuję dotrzeć, czemu tak na mnie wpływa bycie samej w mieszkaniu, bo problem by odszedł jeśli ktokolwiek by spał, chociażby w drugim pokoju. Co prawda mam obecność sierściuchów, ale to w niczym nie pomaga. Diabeł tkwi w szczególe małym, że nie umiem odtworzyć żadnego wydarzenia, które mogłoby na mnie tak wpłynąć w sposób bezpośredni. Nie wiem nawet w którym momencie się to zaczęło, zwłaszcza jak chyba podświadomie unikałam bycia samej, skacząc ze związku w związek. Doświadczyłam zatem prawdziwości insomnii już za dorosłego, kiedy to na własne życzenie skakać już w nic nie chciałam.

Znam skutki, znam przebieg, znam nieprawidłowości ale za chiny ludowe nie rozumiem, czego się tak boję, czego nie umiem sobie odpuścić, czemu muszę siedzieć i pilnować?…Nie wiem i szczerzę przyznaję, że brak odpowiedzi doprowadza mnie do szału, bo mam dość bycia wiecznym przyjacielem pieprzonej insomnii.

 

źródło zdjęcia: http://point23.deviantart.com/art/Insomnia-285661099