Przewodnik po Katalończykach – czyli związki z południowcami

Mieszkając prawie 7 lat w kraju Gaudiego myślałam, że odkryłam już wszystkie różnice kulturowe i nawet zdążyłam się do niech przyzwyczaić. Nic bardziej mylnego….To, że Hiszpanie kolacje jedzą o 23-ciej, czy to że spieszyć się nie lubią to jedno, ale to co oznaczają dla nich ustalone daty w kalendarzu to zupełnie inna historia.

 

Posiadając faceta co często i gęsto sieje „no problem” niestety spowolniło mnie w odkryciu prawdy o realnym znaczeniu „planowania” a tu nie mała niespodzianka się kryje. Okazuje się, że Hiszpanie jak diabeł święconej wody boją się jakiś dat ustalonych z wyprzedzeniem dłuższym niż 3 dni…My Polacy, ustalone daty np. obiad z kuzynami, traktujemy jako potwierdzone z wyprzedzeniem zdarzenie, na które oczywiście wcale dotrzeć nie musimy, bo przecież różne rzeczy mogą się wydarzyć po drodze.

 

Dla Hiszpanów ustalenie daty z wyprzedzeniem jest jak przyparcie do ściany z wrzuceniem 90kg zobowiązania na barki, bo wychodzą z założenia, że przecież różne rzeczy mogą się wydarzyć więc nie ma co ustalać tyle naprzód… Zatem jak widać obie strony wiedzą, że zaplanowane wydarzenie może nie dojść do skutku, ale nasz stosunek do planowania jest zupełnie inny…

 

W Polandii kochamy się w przed-sezonowymi wyprzedażami wycieczek, które śmiało można planować na 8 miesięcy wprzód. Taki plan jest niczym latarnia na środku wzbitego biurowego morza na którą się czeka cały rok. Natomiast dla Południowców to jak przystawienie pistoletu do głowy i wymagania podpisu krwią…bo oni wakacje planują tydzień wcześniej. I pomimo, że oboje chcemy tego samego, każde z nas ma inną drogę do tego celu.

 

Jak powiedzieć Hiszpanowi, że może za rok można by było tak pomyśleć o założeniu rodziny, to gwarantuję 2 różne reakcje. Argumenty wiekowe, odkładając nawet na bok, po południowca nie przekonują żadne 4-ki z przodu. Polska wersja na taki subtelny planning byłaby pełna gratulacji za brak ciśnienia, że tak temat rzucony, bez pośpiechu …a tu po hiszpańskiej stronie życia podanie specyficznej daty, pomimo że orientacyjnej jest jak odłączenie kabelków od bomby, która dalej głośno tyka. Prawdopodobne jest, też że znajomi takiego delikwenta na taki tekst, kupują już wieniec pogrzebowy bo jak żyć z takim stresem „planowanym”.

 

Tak samo z weekendami, bo tutaj człowiek szczęśliwe planuje wyprawy, grille i inne atrakcje z wyprzedzeniem, żeby zgrać wszystkich a tu zonk. Hiszpańskiej połówce zbiera się na życiowy foch to wyrzygania o nie braniu jego potrzeb pod uwagę. Bo jak się okazuje, tutaj planuje się w sobotę rano, co by się robiło z całą ekipą w sobotę wieczorem, zatem nigdy słowem się chłop z wyprzedzeniem nie odezwał…bo owego wyprzedzenia nigdy nie ma.

 

A ja se myślałam, że na polskie realia to słaby strateg jestem, no pomimo że słowa dotrzymuje, to zawsze albo zapomnie albo zmiennie zdanie w ostatniej chwili albo się spóźnię – o taki lekkoduch. A tu się okazuję, że mnie do Niemców porównują, że na przeciwnej stronie spontaniczności wrzucają? Ale że mnie? Że co?  No ale jak się wróbla do kolibra porównywać, to można nazwać go spasionym przerośniętym grubasem …w sumie.

Ciekawe jakie w nas różnice kulturowe siedzą, tak głęboko zakorzenione, że ciężko jest je nawet nazwać po imieniu. A zanim się człowiek zorientuje ich przyczyny, jest już od kroku sprzedania pięści w nos swemu lubemu z dorzuceniem focha na miarę „kanapa Twoja do końca miesiąca”….

 

Reklamy

Piotrze, sam widzisz… jest jak jest.

Zaniedbany blog, bo nie mam na co narzekać, no może raz na dwa tygodnie do czegoś się doczepię, ale nie ma jakiś większych dramatów…

I o czym pisać? Że dobrze? Że po 18 latach randkowania znalazłam cierpliwego, jednego z którym i pogadać można i pośmiać i nawet do łóżka pójść? I o czym pisać, że marzenie własnej firmy się realizują i od momentu kroku w tył, zrobiłam z 4 do przodu? O czym pisać, że pierwszy raz od 6 lat znowu mnie polska polityka wkurwia? Ehhh….nawet zdrowie w kupie się trzyma..no może nie włączając kostki rozjechanej w konsekwencji nieogarnięcia schodów i whatsappowania w tym samym czasie?

Nawet z mamą się pogodziłam….więc drogi Piotrze jak widzisz, wszystko spokojnie idzie jak u cywilizowanej osoby…dramatów nie ma. Ba! Nawet do mojego ukochanego sportu wróciłam (strzelectwo sportowe), z wielkim apetytem powalczenia o jakieś medale w Hiszpani! Może stara się zrobiłam i na dojrzalsze lata jakoś tak bardziej się ogarniam? Zaczęłam odpuszczać więcej i nie marnować czasu na rzeczy, których zmienić nie mogę. No może oprócz rzucania gęstymi kurwami jak drugi raz oblałam teorię na prawo jazdy. Se pozwolę powtórzyć…A niech ich chuj strzeli z tymi hiszpańskimi testami…kropka.

Jak już przy tej starości jesteśmy, zaszczyt mnie kopną i na święta w końcu napierdalałam tego biednego lokalnego Caga Tio wraz z bandą rozkrzyczanych dzieci (tak tak, w Kataloni trzeba zlać klocka drewnianego, jak się chce się jakieś prezenty wyhaczyć, bo Mikołaj tutaj nie dolatuję …oczywiście). O co kaman, więcej tutaj.

Oh… a kto to Piotr? Eeee no to muszę jakiś wstęp zrobić, co nie?! A więc Piotr to jeden z najbardziej oddanych śledzących tego bloga, który się tak po ludzku martwi jak za cicho u mnie. Zrozumiałe!

Piotr był nerwusem, z którym miałam przyjemność pracować jeszcze za czasów Polandii i tych naszych uroczych korporacji. I o Piotra to ja się bałam, bo każdego dnia myślałam, że z nerwów mi na jakiś zawał zejdzie…a szkoda by była, tak piękną żonę zostawiać i córę utalentowaną i psa słodkiego…No nic, Piotrze melduje, żyję i wino piję. A co do zawałów i Piotr rzucił cholerstwo korpo i podążył swoją drogą. Respect!

A tak na boku tego meldowania, to często wracam myślami do czasów, kiedy przyjeżdżałam do tego kraju z oczekiwaniem jakiś wenezuelskich melodramatów na każdym kroku. I tak se myślę z biegiem czasu, jak napotkani ludzie potrafią wnieś cudowne chwilę, jak wdzięczna się zrobiłam, za przyjaciół którzy zostali i trwają. Ci co przeminęli, wnieśli również wartościowe lekcje do mojego życia, oprócz tego, że większość czasu jadę po nich. Jestem kim jestem, dzięki ludziom których znam, kocham i podziwiam jak i przez tych których lubię trochę mniej.

Lipska Ty to jednak szczęście masz i chuj!

Indonezja – dzień 4 & 5

Dzień 4. Pomiędzy Bandung a Yogyakarta

Dziś do pokonania 8 godzin w pociągu, klasą de luxe. Na tym etapie nie wnikajmy w definicje indonezyjskiego luksusu. Dziura w podłodze zamiast toalety jest jedną z wygód, która na mnie czeka..

Mijając niezliczone pola ryżowe, moje spostrzeżenie jest, że czym dalej od aglomeracji, tym domy przy torach wydają się “bogatsze”. Na horyzoncie pojawiają się jednorodzinne domki i to nawet z ogródkami. Wygląda, że indonezyjska wieś oprócz tego, ża cała pracuje na polach ryżowych to ma więcej pieniędzy niż to co widziałam na obrzeżach miast.

8 godzin wygląda dokładnie tak samo, pola ryżowe, kelnerki próbujące sprzedać zupę z makaronem i moje niekontrolowane drzemki. Dziś znów śniłam intensywnie podczas jednej takiej kilkuminutowej i znów miałam ten sam sen o rozstaniu. Ta dyskusja, płacz i ból stała się znów bardzo bliska. Jak to ze snami, bohaterowie tych mglistych opowieści się mieszają. Jak wydawało mi się na początku, że to mój Toni jest wplątany w tą historię, to tak uświadomiłam sobie że to tak naprawdę mój były. Mam wrażenie, że oczyszczam się z tego rozstania..Wybaczam sobie pomyłkę.

Dzień 5. Yogyakarta

Dzisiejszy dzień opisałabym jednym ciągiem – Zgubiłam się – wsiadłam na motor bez kasku z nowo-poznanym artystą w celu nauczenia się techniki Baltik – Zgubiłam się – Szłam ponad 6 km w 40 stopniowym upale – Zgubiłam się – Wpadłam wygłodzona do napotkanego baru i w 30 wciągnęłam wszystko, modląc się że nie jem żadnego psa….- Zgubiłam się – Padłam

Generalnie mówiąc…działo się. Przy okazji jazdy na skuterze, zostaliśmy złapanie przez policję. Ja już poczucie winny w sobie budzę, bo żem myślała że to przeze mnie i mój brak kasku. A tu niespodzianka, okazuję się że ta mafia w mundurach, która nawet nie raczy mandatu wypisać, doczepiła się do jazdę pod prąd. Ku mojemu zdziwieniu, jednak jakieś zasady ruchu drogowego tutaj występują!  Zatem jeśli jedziesz pod prąd w jednokierunkowej maleńkiej uliczce, legalne to nie jest i może na Ciebie czekać 30 sekundowa rozmowa z Policjantami, którzy ściagają haracz wolny od podatków i jakiejkolwiek kontroli. Prosto do kieszeni, tak tak alfonsi poprzebierani…

Dziś muszę się przyznać, że się utwierdziłam co do słuszności mojego instynktu co do ludzi. Dobrym obserwatorem jestem i śmiało mogę polegać na tym co mój mózg przetwarza. Zatem wniosek jeden, nigdy nie wątp we własny osąd Kamilalila, bo jest on pretty good!

Delux werjsa…

 

Najlepsza wegetariańska knajpa w Yogyakarta

 

Technika Baltik…cóż nie odkryłam ukrytego talentu…

 

Atrakcje w Yogyakarta

 

Bo mówili, że seks sprzedaję wszystko…nawet kaczki z różna…

20160227_164643

Indonezja – dzień 3

Dziś przemyślenia w nawiązaniu to wpisu od mojego mężczyzny „Wciąż się martwisz?” (o co chodzi z pytaniami)

Bandung

Strach odpuścił w momencie, kiedy moja pupa usiadła na niewielkim siedzeniu skutera, oczywiście z miejsca pasażera moja relacja się zaczyna. I choć nie wypadało mi się wtulić w mojego kierowce, bo ani nawet na „ty” jeszcze nie byliśmy a po drugie jakoś tak głupio, odrazu panikować…zwłaszcza, że jakieś 50 km w jedną mańkę mamy do pokonania. Z samego założenia cała podróż jest warta świeczki, bo czekał na mnie jeden z piękniejszych wulkanów, a raczej to co z niego pozostało.

Wracając do skutera….Wyobraź sobie brak sygnalizacji, brak jakichkolwiek znaków drogowych, brak ograniczeń (choć z drugiej strony przy tych milionach pojazdów na drodze, to nawet jakbyś chciał się rozpędzić to nie ma jak). A no i oczywiście nie ma potrzeby posiadania prawa jazdy, aby pełnić funkcję turystycznego kierowcy, takie dokumenty są po prostu przereklamowane! Ważne żebyś sięgał nogami do podłogi, wiek nie ma znaczenia. Czy wspominałam, że 20% pojazdów na ulicy jedzie pod prąd….a wiesz, po co jechać gdzieś na okrętkę, jak można bliżej uciąć pod prąd…

20160226_142653

Po 15 minutach, mojej bujnej wyobraźni jak to będę wyglądać, kiedy zostanę rozpłaszczoną żabą na tej drodze, jak mu się niechcący kierownica wymknie podczas tych szalonych slalomów…odkryłam migrenę..… Spaliny walące prosto w twoją twarz, dają ciekawe doświadczenie swędzącej skóry i przekonania, że na raka umrzesz zaraz bo właśnie te zanieczyszczenia mutują wszystkie twoje komórki…. W przerwach między moim wewnętrznymi monologami odnośnie powikłań zatrucia a wyobrażeń połamanych kości, miałam dużo czasu poprzyglądać się mijającym mnie ludziom i ich codzienności.

Jeden obrazek przykuł moją uwagę szczególnie, a był nim 3 latek pracujący przy wykończeniach nagrobków, gdzie tata wykuwał literki, a młody był odpowiedzialny za mycie. Przyszła refleksja, że nie mogę mierzyć ich życia swoją miarką, bo jest to zupełnie innych punt widzenia. Tak samo jak “dozwolona liczba osób na jednym skuterze”.. Liczba 5 osób – 2 rodziców i 3 pociechy, bez kasków nie była jakimś wielkich halo tutaj…Chyba powoli zaczynałam odnajdywać porządek w tym chaosie.

Marudzenie powróciło, więc i stop zostałam wyproszony, aby nabyć maskę, która choć trochę odizoluję moje drogi oddechowe od gazów spalinowych. Przysięgam moja twarz nabierała purpurowych kolorów. Postój miał miejsce przy prowizorycznym sklepiku, gdzie se przykucnęłam z lokalnymi i pozowałam im do zdjęć, bo jak się okazało Godzilla z Europy jest nie małą atrakcją.

20160226_090514

Kiedy wyrwaliśmy się z miejskich szponów, niesamowity krajobraz zaczął nam się ukazywać, uchylając rąbka magiczności plantacji herbat i geometryczności niekończących się pól ryżowych. Prawdziwa magia!

20160226_110651

20160226_111028

Pierwszy na ogień zwiedzania poszedł wulkan a raczej jezioro, które utworzyło się na powierzchni krateru – Kawah Putih. Ufff przepiękne, lazurowe, pod osłoną wiecznej mgły, majestatyczne a zarazem magiczne…I TAK ŚMIERDZĄCE, że ledwo można było wytrzymać! Tutaj noszenie masek było obowiązkowe, bo z taką ilością siary to nie ma co przeginać. Podobno jezioro utrzymuję tak wysoką temperaturę, że można jajka smażyć na kamieniach przy brzegu…Nie wiem, nie smażyłam, bo generalnie pomysł przetestowania tego w takim smrodzie wydawała się conajmniej mało seksi…

20160226_102928 20160226_103001 20160226_103715

Kolejna przygoda czekała na mnie przy gorących źródłach, powstałych na powierzchni lawy. I w tym miejscu biję się w pierś, że skłamałam o najgorszym smrodzie jakie doświadczyłam, gdy wspominałam Kawah Putih…W mordę jeża…tutaj to mi się cofały wszystkie obiady przed conajmniej 10 ostatnich dni! CO ZA SMRÓD!!! Te źródełka wyniosły smród na nowy poziom empiryczny! Porównać to mogę jedynie chyba do bycia zamkniętym w blaszanej budzie z 10kg zbuków w 50 stopniowym upale – ohydne! No nie mniej jednak, próby ograniczenia oddychania pomogły w wystarczającym stopniu, bo zachwyt nad widokami został niezagłuszony. Podróżowanie pod koniec pory deszczowej, może nie daje najpiękniejszej pogody, ale za to gwarantuję intymność zwiedzania. Byłam prawie sama, oprócz 3 lokalsów w tak pięknym miejscu!

20160226_113831

20160226_113958

20160226_114138

20160226_113658

Ostatni stop to…plantacja truskawek…?

Mój kierowca z dumą pokazał niewielkie pole truskawkowe, które przyciągały nie małą ilość turystów, zwłaszcza z Malezji. No cóż skąd biedak miał wiedzieć, że ja pochodzę z kraju truskawkami płynącego. Aby nie łamać mu serca, zostaliśmy przy polu i wciągnęliśmy razem lunch, od „osobowej restauracji” czyli człowieka z przenośnymi 2 wiaderkami, w których były warzywa i ryż. Przepyszne! Cena jednak mnie powaliła i poczułam się stosunkowo niekomfortowo, bo do zapłaty mi przyszło jakieś 1,4 zł za talerz pełen pyszności….

20160226_123612

20160226_123928

Z rozważań wieczornych, to muszę się przyznać że mam dwie konkluzję. Jedna to to, że kurtka mojego faceta, która została mi pożyczona jest zajebista! Sprawdza się i w ulewę, i w wiatr i na skuter.

A druga konkluzja to, powaga porzucenia strachu, aby móc chłonąć każdą daną mi minutę tej niesamowitej przygody! Strach przed czymś na co wpływu nie mam,  po prostu nie ma sensu!

Indonezja – dzień 2

No to dziś w odpowiedzi na pytanie „Opowiedz mi czego nowego się nauczyłaś ” (o co chodzi z pytaniami)

Jakarta

Z pewnością dzisiaj nauczyłam się:

  1. Jak smakuje najgorsza kawa ever! Obiecuję już więcej nie narzekać na smak spalonych ziaren hiszpańskiej małej czarnej….
  2. Że Toniego buty są zajebiste! Zwłaszcza jak trzeba pokonać trasę podczas „popołudniowego drobnego deszczu”, który był przedstawiony w porannej prognozie. Cóż nic nie mówili o urwaniu chmury, takiej która zalewa w ułamek sekundy, no cóż szkoda. A słowem sprostowania odnośnie butów Toniego, no to jakby wyszło, że mój mężczyzna ma taki sam rozmiar stopy co i ja….a że ja to buty górskie to tylko na wystawie sklepowej miewałam widzieć, to jakoś tak wyszło że zostały mi one pożyczone.
  3. Że „Centucky Fried Chicken” istnieje 😉
  4. Że Indonezyjczycy są pomocni, zwłaszcza jak widzą twoją nieporadną twarz próbującą wydrukować bilet w budce samoobsługowej….
  5. Jak miejscowi ludzie uwielbiają koty, które można spotkać wszędzie! Na stacjach, ulicach, hotelach czy też domach. Każdy je dokarmia i dba, żeby zdrowe były. Jak się okazuje, ta miłość powiązana jest z religią, bo jak Koran ponoć mówi, koty były ulubionym zwierzęciem Muhammada.
  6. Że ludzie potrafią żyć w domach sklejonych ze skrawków falistej blachy, a prowizoryczny dach przytrzymywać zużytymi oponami.
  7. Że pochodząc z nie najbogatszego polskiego domu, byłam wstanie zdobyć wykształcenie, poprawić własny status społeczny i pokierować własnym życiem, tak jak chciałam…Tutaj wybicie się ze slamsów jest po prostu nie możliwe, zamiast rozmyślać o życiowych celach, oni starają się nie umrzeć z głodu, co takie oczywiste nie jest.
  8. Że można „bezpiecznie” przejechać przez most, który wydaje się nie mieć żadnych inżynieryjnych przemyśleń, bo niby po co kiedy w dole to tylko przepaść na 300 m.
  9. Że można wytrzymać bez toalety będąc babą nawet przez kilka godzin…wszystko aby ominąć tą kulturową przyjemność sikania do dziury w ziemi zamiast normalnej muszli.
  10. Że żadne żywe psy nie istnieją….? Wyszukuję, wypatruję…i nic. Choć znalazłam sklep zoologiczny, ale myślę że to podpucha, żeby mnie tylko zmylić!

 

20160301_193035

Ekskluzywna wersja dziury…z samoobsługową spłuczką

Indonezja – dzień 0 & 1

Po tygodniu ogarniania się z powrotem w rzeczywistości Europejskiej cywilizacji, pora na przelania moich dziennych notatek na wersje elektroniczną. Kilka słów wprowadzenia, ponieważ moje spisane historie często były dialogiem do wiadomości, które pozostawiał mi mój mężczyzna. Dokładniej mówiąc po spakowaniu mnie we własny plecak, dosłownie. Wręczeniu własnych górskich butów, kurtki przeciwdeszczowej jak i lampki na głowę, podarował mi również notatnik wraz ze spisanymi słowami na każdy dzień. A zatem czasem całe wydarzenia spisane są w wersji odpowiedzi na jego pytania bądź wyzwania.

Wyprawa do Indonezji

Dzień 0….gdzieś nad Afryką

Wszystko zaczyna się od pierwszego kroku, każda podróż, każda zmiana czy marzenie…Strach, który towarzyszył mi od paru dni, zaciskając mój żołądek, rozgorączkowując mnie na parę godzin przed wylotem, był również moim pierwszym wyzwaniem do pokonania. Stawiając pierwszy krok, a dokładniej ujmując wsadzając swój tyłek do samolotu, osiągnęłam mój pierwszy sukces, który nie powiem zgniótł mi moje jajka…aż niewygodnie się zrobiło.

Tak właśnie siedząc w samolocie i obserwując muszę powiedzieć, że Hiszpanie jako nacja dalej są najlepszą rozrywką z możliwych, zwłaszcza gdy jeden z nich próbuje zamordować pilota i to nie tego co samolot ogarnia, ale do mini telewizorka. Ok…ok Kamilalila czas na wino i dobry film. You made it!!!

Dzień 1…Jakarta ….miodem i brutem płynąca

Po 18 godzinach wiercenia się i kręcenia ot to wylądowałam w saunie, która ma kolor sepii. I co…I Polacy są wszędzie! Snując się do wizowej kolejki usłyszałam szrzchrszcz-ący dźwięk naszego soczystego ojczystego języka. Zatem nic nie pozostało mi innego niż zaczepić, zagadać i do wspólnej taksówki się załapać!

Oczywiście pierwsze godziny, nigdy najłatwiejsze nie są zatem i taksówka okazała się nie kontynuować ze mną podróży po odwiezieniu moich współkompanów. Spowodowane było to tym, że owy pojazd to hotelowa taksówka, która mogła oczywiście zawieść mnie gdzie trzeba, bo wygórowanej dopłacie. Ładnie podziękowałam, bo wydawało mi się to zdzierstwem w biały dzień…Ok ok w sepiowy dzień. Obrażona na cenę, postanowiłam złapać jakąś niezależną, gdzieś na ulicy udając że ogarniam temat jak pro. Po godzinie błądzenia udało mi się dowieść tyłek do hostelu…o matko przenajświętsza dziękuję Ci za ten cudowny wynalazek jakim jest ciepły prysznic! Przysięgam odkryłam w nim jakiś rodzaj ekstazy, zwłaszcza że po paru godzinkach w Indonezji miałam wrażenie jakbym w miodzie się wykąpała a potem turlała po górach kurzu i pyłu – to tak właśnie mogę opisać poczucie wilgoci jaka tutaj panuje.

No to jestem Jakarta! Gotowa jestem na to zajebiste obiecane jedzenie, którym mogę się delektować zasuwając palcami zamiast sztućcami….I co? I dupa! Zamiast tego jest wielka ulica, która stoi na drodze pomiędzy mną a lokalną kanjpeczką….Kurczaki co to za ulica…Wyobraź sobie brak zasad ruchu drogowego, wszystkie pojazdy jadące z prędkością ok. 60km/godzinę. Do tego dodaj niekończące się ilości skuterowych mistrzów slalomów, oczywiście ten obrazek trzeba jeszcze uzupełnić Tuk Tuk-ami, czyli coś pomiędzy skuterem a sklejką przypominającą riksze i przerobioną na taksówkę, która w pogodni za klientem przetnie każdą drogę….A …no i brak jakichkolwiek świateł drogowych.

No dobra…przegrałam to starcie. Nie byłam wstanie przejść na drugą stronę….

Zatem jak nie można zmienić kart jakimi się gra, pora na zmianę ustawień rąk, zatem dziś odkryjmy jedyną słuszną prawą stronę ulicy. Po nieudanej próbuje dorwania jakieś wegetariańskiej wersji ciepłego posiłku, zwłaszcza że próbowałam je uzyskać na straganie z panierowanymi kurczakami …postanowiłam, że wystarczy mi wrażeń na ten dzień. Szczerzę to też nie bardzo komfortowo się czuła, nie wiedząc czego się spodziewać po Panach zaczepiających mnie na ulicy. I tak pomyje serwowane w Hostelu, na dzień dzisiejszy wydawały mi się rarytasem najlepszym na świecie! Pomimo, że zaserwowano mi ryż z płukanką po sosie curry wraz ze zagubionymi dwoma kawałkami warzyw.

Wieczór umiliłam sobie towarzystwem innych podróżników, piwem marki woda oraz ładnym tarasikiem na dachu hostelu.

A tak na boku odnośnie komarów…no niech ich ch….strzeli!

Wydałam 80 złoty na spray i bransoletkę co to miała mnie bronić i strzec 24 godziny na dobę przed tymi krwiopijcami…I chyba komary postanowiły zakpić sobie z mojej Europejskiej protekcji i jedna nie bojąc się nic, ujebała mnie dokładnie pod bransoletką…To tyle z tematu ochrony przed Malarią. Podobno wyleczalna jest, więc pora rozkurczyć pośladki i się nie przejmować.

Wracając do życiowych dysput z globtroterami, jeden wątek przykleił się do mnie tego wieczoru – wsparcie od swoich życiowych partnerów. Jeden opowiadał, że żona która po drodze wspólnej wyprawy odkrywając, że ból brzucha nie ma nic wspólnego z przejedzeniem a bardziej z beztroskim seksem..wróciła do domu, motywując swojego Partnera, aby kontynuował podróż. Drugi rozmówca miał inną historię do opowiedzenia…Jego kobieta nie umiała zrozumieć potrzeby podróżowania i po 7 latach postanowili się rozstać, bo wyprawa jej chłopaka była nie do przeskoczenia. I tutaj muszę powiedzieć, że los się do mnie uśmiechnął i chyba chcę mi wynagrodzić te wszystkie związkowe jazdy, bo zesłał mi wyrozumiałego wspieracza, który wierzy we mnie i motywuję nawet do najbardziej odjechanych pomysłów!

Kiedy człowiek postanawia wyjechać na koniec świata, aby zrozumieć siebie – czyli jak kochać życie od nowa.

Co jakby powiedziała, że straciłam pracę, zrobiłam sobie nowy tatuaż i za 8 dni wylatuję do Indonezji, sama z plecakiem? Co jakbym powiedziała, że mieszkając w najpiękniejszym mieście na świecie, otoczona niesamowitymi przyjaciółmi i mężczyzną który uzupełnia mnie w każdym centymetrze….zwątpiłam w sens życia?

Mój szef okazał się bipolarnym łamaczem serc, który z dnia na dzień potrafił obrócić się o 180 stopni i tak z poziomu oddającym mi własne klucze do domu, uznał mnie za zbyt szczegółową i drobiazgową co nie pasuję mu do jego nowego „wielkiego obrazka”. Wiedziałam, że pogrywał tak z wieloma osobami, ale naiwnie myślałam że mi się to nie przydarzy….To tak jakby zaufać kolesiowi, co całe życie dupczy kogoś na boku, a Ci durna babo się myśli, że ty to taka special i na pewno tego samego doświadczyć Ci nie przyjdzie…do momentu kiedy to nie wejdziesz do pokoju, kiedy to twój ukochany bzyka właśnie stado niewiast..

Tak się właśnie z profesjonalnego punktu widzenia, poczułam. I tak snując się po domu, miałam w głowie jedną myśl – kobieto spieprzyłaś a może inaczej ujmując nie wyszło Ci startup-owe przedsięwzięcie w które wpieprzyłaś wszystkie oszczędności, nie wyszedł Ci związek, który może i od początku w sumie sensu nie miał, ale gdzieś miałam nadzieję że to to. Dodatkowo chorujesz od ponad roku i paskudnej żołądkowej bakterii pozbyć się nie możesz…Taki mały życiowy loser, można by było rzec. Zwłaszcza jak właśnie do woreczka dorzucamy utratę pracy, sądy przez które musimy przejść, żeby wywalczyć brakujące wynagrodzenie…

I tu małe zdziwienie, bo powiem szczerzę, że robiąc sobie tatuaż parę dni wcześniej inną wersję zdarzeń sobie w głowie układałam…Przyświecała mi jedna myśl, którą upamiętnić chciałam – żeby nie bać się w życiu podejmować decyzji, żeby mieć odwagę próbować.

Wracając do tych przemyśleń o sensie życia, a może o jego braku, o tym że w sumie o myślach z serii „że czy jestem na tej planecie czy też mnie nie ma …to dużej różnicy nie robi nikomu”. W tej samej sekundzie, dużo chmur z przeszłości przeleciało nad moją głową, zostawiając jedynie ból i totalną wewnętrzną destrukcję. Miałam myśli nie najciekawsze….

Szczerzę, to myślę, że się pogubiłam co ważne jest w życiu…Pochodząc z biednej rodziny, myślałam że kolejna torebka Michaela Korsa da mi to poczucie spełnienia, że fancy drink, gdzieś w wystawnej restauracji nakarmi moje poczucia wartości. Pogubiłam się w torze myślenia, gdzie posiadając więcej niż mogłabym prosić, nie doceniam szczęścia jakie mnie otacza. Pogubiłam się pośród ciągłej walki o jutro, bo od małego, musiałam być dorosła i odpowiedzialna, nie posiadając tego luksusu bycia dzieckiem. To wszystko z jednej strony tworzy mnie jako całość, z drugiej jednak wydrąża dziurę…Zatem, aby uciąć bezpodstawne bełkotanie, które wmawia mi własną beznadziejność… postanowiłam, że opuszczę bezpieczną kanapę komfortu i że skopie własny tyłek, przełamując ograniczenia!

Po pierwsze, to tylko dzięki moim przyjaciołom jestem wstanie zrobić to, co planuję. Jedna, ta najbliższa – podrzucając przewodnik po półudniowo-wschodniej części Azji, dorzucając 5-ięcio letnią pożyczkę bez prowizyjną. Ehhh wiesz, że Cię kocham, bo potrafisz mnie zbesztać, postawić na nogi i wysłuchać mojego skomlenia. Wyprawa również jest możliwa do zrealizowania, dzięki jednej takiej bratniej duszy, która ogarni włochate kundle przez kolejne dni. I na koniec, wyjazd jest możliwy, dzięki jednemu takiemu co właśnie mnie pakuje we własny plecak, dorzucając lampkę na głowę i znając jego, torbę jogurtów z mleko koziego, bo wie że dobrze mi na żołądek robią. Jestem kuźwa szczęściarą!

Może wy nie wiecie, ale Ja, ale naprawdę ja…to jestem z grupy „piękny hotel i pełen makijaż” a właśnie wybieram się na 18-sto dniową wyprawę z plecakiem, obuwiem sportowym i jedną maskarą. Mój budżet to 20 euro na dobę, wliczając w to wyżywienie, transport i nocleg. Ja, Kamilalilia, ta co na żadną wycieczkę w życiu nie pojechała bez wysokich obcasów…jedzie do Indonezji, sama.

Do pokonania będę miała kilkaset kilometrów bo z Dżakarty chcę dostać się w okolice Bali i na nikogo zwalić odpowiedzialności nie będę mogła, jak to zrobić. Aby żyć na nowo potrzebuję poznać swoje własne limity, sama z sobą przebyć niesamowitą podróż, która przyniesie ukojenie. Chcę posmakować i dotknąć życia ludzi na drugim krańcu świata, aby móc pełnym sercem cieszyć się z tego co posiadam tutaj. Wyprawa nie przyniesie mi życiowych rozwiązań, ale na pewno złamie we mnie pewne ograniczenia, słabości i ten niepotrzebny strach przed radością życia.

Ciemne strony depresji potrafią dobić, ale ja nie mam ochoty być tą osobą ciągnącą wszystkich za nogi w dół! Zatem dokładnie tydzień po własnych urodzinach, jadę powąchać rosnące gałęzie herbaty, podziwiać wodny zamek Taman Sari i zobaczyć jak aktywny wulkan wygląda. Najeść się warzyw w curry i doświadczyć jak hinduizm współistnieje z panującym muzułmanizmem w towarzystwie buddyzmu….Na samą myśl, że to faktycznie się wydarzy poci mi się tyłek i ręcę drżą niczym galaretka dr. Oetkera.

DAMN….