Przesłodzone majaczenie na temat związku – czyli in love.

Ktoś mi ostatnio wspominał, że mój blog ciężko się czyta i wygląda jakbym psychopatką była…Cóż rozumiem tego Pana, bo babskie sercowe problemy czyta się generalnie słabo więc nie ma co się dziwić. Z drugiej strony, mi się łatwiej narzeka i przerysowuje damsko-męskie różnicę…bo co jest śmiesznego w normalnym związku? No nic właśnie, ale….

Ale dziś opiszę zjawisko do tej pory niespotykane w moim życiu, a mianowicie związek bez szarpania…Taki do którego dwójka dorosłych ludzi weszła, żadne ze stron zmieniać nikogo nie chce i tak po prostu lubi ze sobą przebywać.

Co prawda ostatnio miałam dramę z powodu braku jakiejkolwiek sprzeczek w przeciągu ostatnich 5 miesięcy.…groziłam nawet fochem jeśli natychmiast się o coś nie pokłócimy, bo to niezdrowe i nienormalne! Bo przecież o coś trzeba przytupa zrobić do cholery jasnej! Dziwnie jest tak patrzeć na płeć przeciwną i posiadać brak myśli z kategorii „no ale ma inne zalety”.

Tak po prostu się cieszyć i kopać nawzajem swoje motywacji tyłki do góry i to bez zbędnych wrzasków, oczekiwać czy wymuszeń. Można się wzruszyć razem, porzucać śmiesznymi obelgami (bo ja myślę, że bitch to komplement tak samo jak soczyste słowo „dick”). Do tego jak się szanuję nawzajem, dając sobie miejsce na własne zdanie, da się też mieć nielimitowane pokłady pociągu do siebie nawzajem. Ja to od zawsze wiedziałam, choć próbowałam trochę negocjować to z samą sobą, że jak ktoś mnie intelektem wciągnie to bezgranicznie będę się ślinić na wybranka, nawet jeśli miałby mieć większy cellulit niż ja i może nawet i cycki z tłuszczykiem tam czy siam…A kto to widzi, jeśli umysł z odpowiednim ilorazem jest wraz z etyką i współczuciem do ludzi i zwierząt nie wymuszonym, to hello? Jak tutaj nie zaciągać do łóżka na wciąż?

Tak jest, Kamilalila zakochana po uszy, aż mnie samą mdli od tego cukru jaki wypada mi z ust. Ale co tam! To jakże zapomniane uczucie jest tak piękne w swej prostocie. 

Enjoy

Reklamy

Może w końcu zrozumiałam…- czyli dekalog singielki

Po żenującym, awanturniczym popisie wczorajszym…Chwila na refleksje i zestawienie kilku cennych uwag jak i do siebie samej jak i do każdej baby, która właśnie się rozstaje!

Tak szczerzę to powiem, też że ja już myślałam, że taka ogarnięta jestem, że spokojna i zrównoważona…a tu mała niespodzianka! Wczoraj odkryłam, że w przeciągającej się sytuacji stresowej, ponownie popełniam te same błędy… Normalnie, aż mi głupio dzisiaj przed samą sobą. Jeśli czegoś nie zmienię i to natychmiast, stanę się tą samą babą, co naście miesięcy temu a od której pora się odciąć…bo za stara jestem na taką sieczkę. Zatem dziś, jadąc metrem postanowiłam spisać sobie własny dekalog mojego życia ponownie panieńskiego…

Se pozwolę zacytować własne poranne myśli:

„Kodeks kurwa do Samej Siebie i to jeszcze do przestrzegania

1. Nie pij więcej niż 2 kieliszki wina (jeśli jesteś w kiepskim humorze… przecież wiesz, że szukasz upustu swoich emocji i tylko czekasz na moment, aby strzelić popisówkę)
2. Nie pisz do żadnych byłych facetów… oszczędź ich, bo i tak Ci nic nie pomogą, a tak może ominiesz totalnej kompromitacji!
3. Nie trać swojego fokusa na pozytywnych rzeczach, które Ci się przytrafiają jak i na celach, które se postawiłaś!
4. Nie potrzebujesz zagłuszać bólu, musisz się z nim zmierzyć!
5. Nie wykorzystuj przypadkowych facetów tylko po to, aby przestać myśleć o bólu (patrz punkt 4)
6. Nie porównuj i nie szukaj kontrastów, generalnie to w ogóle nie szukaj. Daj sobie czas!
7. Skoncentruj się na sobie, masz czas aby poznać siebie jeszcze lepiej.
8. Nie patrz na każdego przystojniejszego mijającego Cię faceta jak na potencjalnego zbawce twojego bólu, bo z dużą pewnością znajdziesz dokładnie to, co do tej pory (i…patrz kurwa punkt 4)
9. Nie katuj się szukaniem przyczyn i jak i ciągłą analizą – co można było zrobić inaczej, shit happens każdego dnia.
10. Doceniaj jeszcze bardziej to i kogo masz, bo jakby nie patrzeć jesteś szczęściarą! ”

Amen.

Enneagram – czyli kiedy typ własnej osobowości działa na Twoją niekorzyść…

„Enneagram – system dziewięciu typów osobowości oparty na wykresie dziewięcioramiennej gwiazdy. System zakłada, że każdy człowiek należy przez całe życie do jednego z typów osobowości i tylko w jego obrębie może się rozwijać. To, jaki filtr postrzegania świata charakteryzuje danego człowieka, zależy od tego, co w pierwszej kolejności zachwiało w dzieciństwie jego poczuciem bezpieczeństwa, która z emocji opanowała go najsilniej i – wskutek tego – jaki mechanizm obronny wykształcił on na samym początku.”

Dzień dobry pogromco własnego szczęścia…Od dawna wiem, że pomaganie innym jest najważniejszą potrzebą jaką mam i cholera mać jedna w dupę…z testów też tak wychodzi…No niby fajnie, powód do dumy, że taka uczynna jestem i emocjonalna wobec innych. I to prawda, że pierwszą rzeczą, którą się nauczyłam będąc jeszcze małym dzieckiem, było obserwowanie dorosłych i szybka reakcja, aby nieść pomoc. I weź zbuduj mądra głowo jakikolwiek zdrowy związek jak się podkłasz od początku…Od początku biorę dobro innych ponad własne, zaklinam własne potrzeby w imię uszczęśliwienia osoby drugiej. No co za głubia baba…

W życiu jednak trzeba być egoistą czasami, ale oczywiście bez popadania w skrajność i wyzbycia się kompasji, no nie o to chodzi. Ale żeby sobie samemu nogę podstawiać a potem pluć se w brodę, że cholera człowiek widział, że zbiera na burze, ale wmawiał sobie, że może jakoś to będzie. No przecież oczywiste, że czarne chmury będą musiały wkońcu wylać te litry zebrane!

No nic, całe życie to niekończący się podręcznik do studiowania, oby tylko być lepiej przygotowanym przed kolejnym egzaminem…

test: http://www.enneagram.pl/www/test/

Rynek wtórny – czyli znów witanie się z gąską związku trwałego…

Jako, że pisanie tutaj na blogu zawsze pomagało mi ułożyć myśli i je nazwać po imieniu, dziś wykorzystam tą pustą wirtualną kartkę do tego samego celu. A więc bycie singielką po 30stce…

 

Tak tak, robnęło jak grom z nieba i tak o to znów witam się z rynkiem wtórnym coraz bardziej wymiętolonym. Tym razem zamiast psa wchodzę z dwoma na składzie…Ole! Cóż mogę powiedzieć, chyba od zawsze za wszelką cenę łaknęłam szcześcia i biorąc na klatę decyzje ciężkie do tego dążę. Trochę próbowałam się obwniać, że taka czy straka jestem i że może nie umiem po prostu nic trwałego zbudować, ale wróciło do mnie jak bumerangiem, że problem tkwi w zamykaniu oczu kiedy jest się na początku. No i tak uwielbiam uszczęśliwiać innych a swoje potrzeby chowam gdzieś głęboko w tyłek, bo po co one komu. Co prawda wyjdą jak czkawka u pijaczyny, ale kto by się przejmował…

A teraz do analizy dlaczego wcześniej decyzji nie podjęłam…a no bo się bałam jak każda baba z wyrokiem 30-stki na karku. Zaczyna się główkowanie, czy nie za stara, że przecież rodzinę się chce stworzyć a czas ucieka i hormony szaleją i przecież to miało być wszystko inaczej….

Mi do tego się włącza jeszcze „a kto Cię weźmie kobieto z dwoma psami?” i ze wzrastającą liczbą zmarszczek i do tego jeszcze z tym twoim upartym-kiedy-trzeba charakterkiem? Taki oto strach oblatuje każdą babę, która jakimś trafem znów stawia czoła realiom singielki. Cóż mogę powiedzieć? chyba tylko tyle, że to brednie emocjonalne baby i że efekt końcowy wart jest starania się nawet jeśli to będzie boleć i piec na początku.

Czy jestem tchórzem, którzy ucieka od pierwszego małego grzytu? A skąd? Mam świadomość, że łatwiej się burzy niż buduje i dlatego jestem daleka od demolki dopóki inne opcje nie są wyczerpane. A czy boli upadek? Pewnie, że boli bo jak ma nie boleć, ale po to człowiek wstaje aby wyleczyć poobijane kolana i tyłek i z czasem znów zacząć skakać i tego chyba właśnie sobie życzę jak i każdej babie ze strachem w oczach.

Warto o siebie walczyć i nie ważne w jakim wieku i nie ważne, że droga będzie wyboista i kręta. Bo napewno podrodzę pojawią się prawdziwi przyjaciele, którzy wesprzą i podadzą pomocną dłoń do momentu kiedy znów wiara w miłość i w człowieka powróci!

 

Że niby nikt nie jest doskonały – czyli gdzie jest akceptowalna granica

Nikt z nas doskonały nie jest, bo generalnie doskonałość to pojęcie względne, dla każdego może znaczyć coś innego. Ale kiedy jako baba dorosła zderzam własne doświadczenie, z uformowanym charakterem i przekonaniami o świat inny, to gdzie stawia się granicę pomiędzy nieakceptowalnym a przymrużeniem oka?

Zastanawiam się wciąż choć wiem, że lata lecą, jak zbudować stały i wartościowy związek, gdzie obie osoby nie będą czuły podduszania albo życiowego rozczarowania. Tak se myślę, że ciężko postawić granicę pomiędzy rzeczami do zaakceptowania a tymi, które zabrużdżą jeszcze w przyszłości.

Jasne, rozrzucone skarpetki i to nie ważne przez którą płeć są do ogarnięcia, da się jakość znaleźć kompromis i te skarpetki jakoś omijać. Ale co jeśli dopasowanie tkwi w innych pragnieniach? Czy można znaleźć nić porozumienia? Czy oznacza to, że jedna ze stron udawać będzie i się przymuszać, a druga ciągle odmawiać? Bo jak ekstrema się spotkają to przecież środek nie jest rozwiązaniem dla żadnej ze stron…

A co jeśli różnice leżą w etyce? Jak jedna ze stron zamiast żelaznych zasad ma cieplejsze podejście do radości z życia, gdzie druga opiera całe życie na wartościach stworzonych klocek po klocku. Czy można przymknąć oko i stworzyć parę dopasowaną?

A co jeśli różnice leżą w życiowych aspiracjach i marzeniach? Jak jedno chcę więcej, gdzie drugie czuje się komfortowo dobrze tam gdzie jest teraz i tu? Czy można obniżyć loty bez frustracji? Czy można podziwiać kogoś kto celuje zamiast w tarcze, gdzieś beztrosko w przestworza?

Czy można kochać jak kochanie przekazuje się w inny sposób? Czy da się znaleźć medianę pomiędzy wycofaniem zlodowaciałym a gorącym przekazem ekspresji?

No więc co jest akceptowalne kiedy dzieli się wiele wspólnego, ale kiedy ważne tematy się rozmywają? Czy dla miłości można się dostosować bez wzajemnego żalu? Co istotne jest dla trwania związku?

Ostatnio dał mi do myślenia pewno wydarzenie, które miało miejsce kiedy ze swoją bandą owłosioną szłam na spacer. Mała dziewczynka podbiegła do nas, śliczna, długa z przepięknymi włosami. Zaczęła czochrać się z młodymi, prawie nie mogąc się od nich odkleić. Od razu poinformowała mnie, że uwielbia psy, zatem naturalnym pytaniem było czy może posiada już własnego psiura. Dziewczynka bez namysłu odpowiedziała, że tutaj nie, w domu taty nie, ale w domu mamy mają małego, imienia nie pamiętam.

No właśnie…jak tworzy się rodziny które trwają? Jak tworzy się takie pełne zrozumienia, pasji i wzajemnego zainteresowania, które faktycznie we własnym towarzystwie się nie duszą?

hmmm nie wiem.

FireWaterLove

źródło zdjęcia:http://becuo.com/fire-and-water-love

A może się zmieni….czyli kiedy były jest chujem a i tak chcemy wrócić

Temat długi i szeroki jak rzeka, odwiecznie powtarzający się i tyczący się każdej baby, która byłego posiada, a do którego coś kiedyś czuła. Choć z mojego doświadczenia mam tylko jeden przykład do którego wiecznie wracać chciałam, łudząc się że przez noc nagle zmieni się chłop o 180% stopni, że się zaangażuje, odpowiedzialności złapie, dorośnie i decyzje przestanie się bać podejmować. Nie mogę powiedzieć, że chujem był jak tytuł głosi, może wiekowo się nie dograliśmy ale chamem nie był i nie jest. Nie mniej jednak wyciągnąć temat drzemiący w nas babach na werandę dzisiaj chcę! 

 

Po pierwsze! Ludzie się nie zmieniają, co najwyżej mogą albo udawać zmiany albo co najwyżej doszlifować odrobinkę powłokę zewnętrzną. Nie mówię tutaj o zmianach pod tytułem: „nie palę od jutra, podjąłem decyzję sam i trzymam się tego postanowienia bo silną mam motywację wewnętrzną”. Raczej mam na myśli sytuację, że jak facet podniósł na Ciebie rękę z totalnej bezsilności i nie umiejętności radzenia sobie z agresją w imię ” bo mnie głupia cipo zprowokowałaś”. No to drogie Panie, ten oto kandydat rękę podniesie jeszcze nie raz. Nie ważne ile będzie obiecywał, płakał i przekonywał jak bardzo się zmienił w przeciągu….ostatniego tygodnia. To jest stek bzdur, a ty naiwna babo okłamujesz samą siebie w imię bycia zaakceptowaną przez kogokolwiek, albo w imię powielania błędnego kółka definicji miłości: Kocha, bije, przeprasza, kocha, bije….czyli obrazek znany i podświadomie nazwany za jedynie funkcjonujący. Nikt się nie zmienia w tydzień czy miesiąc, praca terapeutyczna to wielomiesięczny ciężki proces w który włączeni są wszyscy członkowie rodziny i bliskich…A i tak wcale niekoniecznie może przynieść rezultaty.

 

Boli mnie jak widzę młode, zdolne i inteligentne kobitki, które same się pchają w toksyczne związki, gdzie i przemoc i kłótnie i nieciekawe sytuacje, które niczym choroba grzybicza, którą ciężko wypędzić są nieodłączną częścią życia w ciągłej udręce i wiecznego pytania : „wrócić / nie wrócić”. 

Drogie Panie, byłam tam i wiem, że nie ważne jak się łudzimy i jak tęsknimy za odrobiną uczucia, wybrankowie serca nie zaczną być innymi osobami, pozostaną tymi samymi facetami, przez których wylewaliśmy hektolitry łez, przez których nieraz musieliśmy goić rany i zbierać rozsypane serce z podłogi, bo to my musimy wybrać co jest dla nas najlepsze a nie zmieniać ludzi, żeby byli dobrzy dla nas. I tak na podsumowanie….Czy naprawdę chcesz jeszcze raz wchodzić do tego gara z gorącą wodą?

sisyphus

źródło zdjęcia: http://outtacontext.com/articles/sisyphus/

 

O miłości – czyli we dwójkę do przodu

Miałam pisać o dole, o potknięciach i różnych życiowych zawirowaniach, o braku motywacji i kolorach szarych….ale jak tak właśnie siedzę sobie na balkonie, popijając czerwone wino i obserwując bezkresne przepiękne morze, które rozciąga się w nieskończoność aż do momentu całkowitego wymieszania się z niebem …to trochę straciłam wenę na marudzenie. Prawda jest taka, że pomimo życiowych przygód, worka niepowodzeń i jeszcze większego bagażu beznadziejnych decyzji jestem szczęściarą. Udało mi się wyjechać do tak przepięknego miejsca jakim jest Barcelona, do tego wśród planktonu męskich żartów, bo ciężko nazwać inaczej panów z którymi randkowałam, znalazłam pierwszy raz w życiu partnera. Nie dużo pisałam o nim, bo trochę się napisałam poprzednio i wychodziły z tego powidła….do tej pory wstyd mi za wpis numer 100, który został usunięty, bo głowę mi coś przyćmiło i zgodziłam się na najgłupszą rzecz w moim życiu – zaręczyny po miesiącu….matko boska, jak ja jestem wdzięczna resztce swojego rozsądku, bo gdybym brnęła dalej pewnie byłabym albo poszukiwana, albo gdzieś w ciąży z przymusu, gdzieś skatowana, bez pieniędzy i paszportu, próbując wrócić do kraju. No nic, nie wracajmy wystarczy, że przepłaciłam cała historię 5 miesięczną insomnią. 

Wracając do miłości, do uczuć i do bycia w kimś w parze, to szczerzę mi tak raz na dwa dni przychodzi myśl „ale po co mi ktoś, mogę sama, nie muszę myśleć o kimś i starać się dla kogoś, mogę sama, sama, sama i jeszcze raz sama”. Nie dziwię się sobie, jak w wieku 29 lat mogę pochwalić się wieloma historiami opłakanymi, od facetów którzy mentalnie mnie wykorzystawali, zostawiając traumy i niesamowity strach poprzez pajaców, którzy z bezsilności podnieśli na mnie rękę, po niewiasty, które potrzebowały mojej zgody aby pójść do toalety, a kończąc na histerykach i popaprańcach, co swoje niskie ego próbowali chować za agresją. Jednym słowem, a raczej zdaniem „miałam ich wszystkich”, zatem naprawdę ciężko mi było zaufać a tym bardziej pokochać. 

Mężczyznę z którym dzielę swoje życie, z którym planuję, co w ogóle dziwne jest, bo dawno tego nie robiłam tym bardziej dawno w to nie wierzyłam, poznałam przez….serwis randkowy. Spotkanie z nim było planem B, bo randka mi się odwołała jak i ja byłam planem B dla niego, z tych samych powodów. Ciekawe te zrządzenie losu, które czasem z zaskoczenia Cię weźmie. I tutaj nie będę pisać o miłości, która o mdłości przyprawia, takiej w różowych kolorach i nierealnie ladnrynkowej, takiej co to za rączki się trzyma nawet podczas wyprawy do toalety. Ci co mnie znają wiedzą, że romantyzm dla mnie to whisky z lodem, a spełnienie love story to jak facet umie młotkiem się obsługiwać, puścić jakiś dobry żart i jak wie, że biżuterii mi się nie kupuje…

Życie jest ciekawe czasami, bo wydawać by mi się mogło, że znam jego wszystkie kolory a tu znienacka potrafi mnie zaskoczyć nowymi odcieniami, wcześniej mi nie znanymi. Minęło już parę dobrych miesięcy i z każdym dniem patrzę na swojego mężczyznę w nowych odsłonach, znam go coraz lepiej i coraz bliższy staje się mojej duszy i sercu. Obserwuje jego reakcje i pomoc w momentach, kiedy czuję się kiepsko i jego postawa buduje miedzy nami wieź, która ma w sobie moc. Nie miejsce na zaklinanie, że na zawsze i miłość po grobowe deski, bo życie zawsze potrafi spłatać figle, więc nie ma co robić sobie z gęby cholewki. Nie mniej jednak, jedno wiem, że gdybym miała kiedyś córce tłumaczyć, co to znaczy fajny facet, to powiedziałabym jej tak: „Dobry partner to taki, który zrobi Ci herbatę tak sam z siebie, taki co doceniać będzie Ciebie nawet jak jesteś w kiepskim humorze, i taki co potrafi Cię skrytykować i pocieszyć zarazem. Facet idealny dla Ciebie to taki, który najbardziej na świecie nie cierpi widzieć Ciebie smutną, i jeśli smucisz się przez niego, weźmie twoje zdanie do serca i poprawi się, aby więcej Cię smutnej nie widzieć. Dobry mężczyzna to taki, który umie przepraszać za swoje gorsze dni, mówiąc, że związek to nie tylko same słodycze, to też chwile goryczy, które trzeba przejść razem. Dobry chłopak, to taki co da Ci wolność, pchać Cię będzie do spełniania marzeń, nawet jeśli miałoby to znaczyć związek na odległość, bo ty akurat chcesz się spełniać setki kilometrów dalej, a on nie da rady wyjechać. Facet, który potrafić będzie patrzeć na was jak na dar od losu o który trzeba się starać, który trzeba pielęgnować i o który warto się nie poddawać” 

Czasem, aż mi głupio bo ten związek porzuciłabym przy każdym najmniejszym nieporozumieniu, ale znalazłam kogoś kto bierze mnie za rękę i pokazuje drogę o którą warto się starać z dwóch stron.

climbing-couple-silhouette

źródło zdjęcia: http://www.happysandbox.com/index.php