O co chodzi z Katalonią – czyli oczami obcokrajowca mieszkającego w sercu Katalonii.

Piszę z sercem krwawiącym i ze łzami w oczach jak kraj, który stał się moim domem, właśnie rozspada się w kawałeczki. Najbardziej jednak boli mnie to, jak władza miłość okazuje krwawymi siniakami… ale do tego dojdziemy później.

O co chodzi z Katalonią i ich „Indepedencia”? 

Prawie każdy obcokrajowiec, który zakochuję się w Barcelonie, myśli że to całe zamieszanie o „wolność” ma sens, bo przecież jest piękne miasto co chce być wolne, to czemu nie! Czar jednak pryska przy pierwszym spotkaniu zagorzałego pro-indepedencia katalończyka (to taki co tylko odłączenie widzi za sens bytu). Oni to potrafią napieprzać na ten temat godzinami i generalnie kończy się na emocjonalnych argumentach „że jesteśmy inni i ty nigdy tego nie zrozumiesz”….Cóż, takie podejście jakoś nigdy do mnie nie przemiawiało i nie raz bardzo głośno mówiłam, że ta cała „wolność” to stek bzdur. Nie mniej jednak, aby mieć więcej argumentów dla tej tezy, uczestniczyłam w debatach, jak i zamęczałam bułę wyedukowanym ludziom za i przeciw, żeby zrozumieć problem dogłębnie. Podkreślenie edukacji jest ważne tutaj, bo ludzie na ulicy spotkani często nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie ” a czy wy kiedykolwiek byliście państwem?” zatem dysputy naprawdę sprowadzają się do poziomu „M jak miłość”

Trenowałam umysł parę lat i jako, że i episod związku z facetem z Madrytu miałam, temat nie raz poruszałam z ludźmi stamtąd. Przez pewien czas miałam jedno podsumowanie – Ci sami ludzie po dwóch stronach muru – tak samo się nie lubią, tak samo skaczą sobie do gardła. Ale…ale jest w tej historii jedno duże ALE  – „a kto to Katalonia i w ogóle o co im chodzi?”…

Historycznie biorąc pod uwagę, Katalonia bliższa Francji niż Hiszpani, czego przejawy można zauważyć w języku katalońskim. Od XVII wieku, księstwo Aragońskie (z którym mieli Unię) połączyło się z Kastylią i znaczenie Katalonii zaczęła być marginesowane (pojechałam tutaj mega skrótem, ale dla tych co więcej dat chcą i informacji, warto nawet zajrzeć na wikipedie). Wracając do tematu …od tej pory w większym lub mniejszym stopniu język i kultura katalońska będzie stłamszana. Wybuchnie parę krwawych powstań, za każdnym razem będą stłumione z licznymi ofiarami śmiertylnymi. Najlepsze jaja dla nich zaczynają się jednak, za czasów wspaniałego generała Franciszka Franco (a propo, to jego rodzice mieli jednak poczucie humoru z doborem imienia…). Ten mały hitlerek wybił do 400 tyś ludzi tylko i wyłącznie, aby spełnić swoje marzenie o „jedności narodu”….narodu, który tak naprawdę był skupiskiem kilku nacji, z różnymi językami i kulturami….Katalonia krwawiła, język był zakazany a religia na siłę wpychana. W każdej rodzinie katalońskiej pozostała rana po tamych czasach, gdzie jakieś zamordowany członek rodziny się trafił. Trochę tak jak u nas po Hitlerze czy Stalinie, choć co prawda u nas więcej ludzi zostało wymordowanych, no ale tutaj nie konkurs na liczbę grobów.

Po dziesięcioleciach przyszła kolej na demokrację i układziki, na których Katalonia ruchana była i to nie raz (kolejny skrót historyczny, bo jak i ile razy została wydupczona to można śmiało książkę pisać, warto również pogrzebać po żródłach). Co do najnowszej historii – Od pięciu lat obiecywane były jak i fundusze, jak i większe autonomiczne prawa (nawet dokumenty były podpisane), ale że oni to się stawiają tylko poprzez wyjście na ulicę, pośpiewanie piosenek i opatulenie się we własne flagi – byli ignorowani.

Ja ich też ignorowałam, bo jak brać kogoś na poważnie kto wygląda na nacjonalistę bez argumentów podstawowych odnośnie ekonomii, członkowstwa w Uni Europiejskiej czy też prostego pytania czy w ogóle Katalończycy chcą być odłoczeni. Rodziny są tutaj mieszane, i tak np. ojciec mego faceta, sercem, duszą i dna jest od tych, co kochają krew byków i słowo „indepedecia” powoduje u nich co najmniej ciężką alergie. W kataloni jest wiele takich rodzin, podzielonych tak jak w Polsce na tych co za Kaczorem i przeciw…

Mój światopogląd jednak zaczął trochę przecierać oczy, kiedy nierówne traktowanie zaczeło i mnie dotykać. W sporcie wyczynowym, jeśli jesteś z Katalonii i nie jesteś ze sportów takich jak piłka nożna, to śmiało możesz pocałować kogo chcesz w dupę, bo ani trenerów ani kasy nie zobaczysz. To była pierwsza pobudka, druga niestety zaczeła narastać jak premier wszystkich, umniejszał ludziom protestującym na ulicy. Tak jak w Polsce – wychodzą tysiące a rząd napierdala, że spacerowicze…Jedyna różnica taka, że w Polsce rząd boi się tłumu…tutaj wysyła się na nich pro-militarną policję. I tak własnie dojeżdżamy do tematu ich referendum. Od lat piłują i od lat są ignorowani i prawa o zadecydowaniu o własnym losie nie mają. Problem jest, że jak ktoś im da dojść do głosu, to staną się wzorem dla innych regionów, które też mają w dupie Hiszpanie.

I tak od lat Katalończycy bawią się w referendum, które jako że nie zgodne z konstytucją, na poważnie nie jest brane… W tym roku jednak, rząd kataloński mniej podzielony niż wcześniej, bystrze wymyślił, jak obejść prawo i ustanowić samozwańcze Państwo, jeśli tak lud wybierze w referendum….No i tutaj zaczyna się nieudolna polityka, zakompleksionego Rajoya, który wysyła policję do pałowania, zabierania urn, kart do głosowania, blokowania miejsc gdzie takie referendum mogłoby się wydarzyć…bo przecież jak nie damy im zagłosować, to sprawy nigdy nie było, czyż nieprawda? No nic tylko siedzieć i podziwiać, że komunistyczne gierki są jeszcze wykorzystywane w XXI wieku…

Dziś wysłuchałam, co król o całej tej sprawie miał do powiedzenia…no cóż co miał powiedzieć? Że sorry, że wam babcie napierdalamy i lubimy skakać ludziom po głowach jak mają recę w górze? Pogadał o okropnym postępowaniu wyrodnych katalończyków, których nawołuje do jedności. Bo przecież warto tkwić w związku, w którym mąż Cie okłada, bo przecież ważne że On Ciebie w ogóle chce w tym małżenstwie, co nie?….

Pomimo, że kataloński jest paskudnym językiem i pomimo, że większość ludzi nie bardzo kuma co oznacza odłączenie i że biede bedziemy klepać wszyscy razem, a podatki na jednoosobowe firmy będą jeszcze większe…dziś możecie nazywać mnie „Independista”, bo jak nigdy czuję ból tych zakrwawionych babć, które płaczą na ulicach….naszych ulicach.

Reklamy

Kiedy baba babie wilkiem – czyli kobiecym okiem o kobiecych stosunkach

Rzadko piszę, bo żeby pisać musi ktoś mnie wkurwić porządnie. Zatem ten dzień nastał i pora wylać parę słów goryczy…

Jak zaczyna człowiek obracać się w środowisku ludzi do siebie „myśleniowo” zbliżonych, to się popada w złudzenie, że tak właśnie społeczeństwo wygląda. Jak moi znajomi nie lubią Kaczora, to wydawać by się mogło, że to nie możliwe statystycznie, iź taki oto zakompleksiony kolo wygrywa wybory. A tu proszę. No nic, post nie o prawicy i ich gówienku pływającym, ani też nie o uchodźcach czy o rodzinka 500+. Post o babach jest i o tym jak kobieta kobiecie wilkiem i to często nawet nieświadomie.

Moja teza wysunięta w towarzystwie, którego nota bene, sama sobie nie wybrałam a wybrał za mnie dział personalny. Ten sam, który zatrudniał dane osoby. Podniosłam temat, że kobiety potrafią po sobie jeździć, że nawet przyjaciółki umieją wrzucić sobie ciężkie opinie do pieca. Komentarz, który w świecie facetów nie miał by miejsca bytu. My same, potrafimy pojechać sobie po seksualności, wyglądzie i życiowych wyborach. 

Pewnie, że często wydaje nam się, że to w dobrej wierzę, że chcemy dla nas jak najlepiej. Ale ja się pytam…czy koleś kolesiowi dobrą radę zapoda z serii „że niekorzystnie i pogrubiająco” wygląda w danej koszulce? Albo, że na pewno co ładniejszy to słaby w łóżkowe fikołki jest. No litości…tylko my baby, umiemy sobie takie deserki zaserwować.

Mi jeszcze jedna dama, niczym Filip z konopii, wyskoczyła o braku biustonosza….Czy sutki z moich niewielkich rodzynków, aż tak w oczy kolą. Idąc tym tropem można byłoby zakleić suteczki połowie męskiej części biura, która lubi sobie pojeść i cyce tłuściutkie ma niczym moje półdupki. No ale kurwa nie…to przecież mi po rajtach trzeba polecieć. No wyobraź sobie sytuację, źe facet facetowi w trakcie lunchu, uwagi o jego bieliźnie zapoda…Że to niby jajka mu za bardzo opinają i widoczne są tu i tam, a to przecież może rozpraszająco na innych członków zespołów wpływać…

My kobiety, już i tak dość przejebane mamy, a to okresy, ciąże, bóle, migreny, napięcie przed miesiączkowe, nierówne płacę i jeszcze ta wielozadaniowość…nosz to potrzeba nam jeszcze konkurencji dorzucanej przez nas same?

Z moich randek, panowi pamiętają kolor oczu a nie cycki, bo oka nie ma na czym zawiesić więc i chuj w biustonosz. Też mam w pupeczce, czy grubo wyglądam w danej koszulce, bo znudziło mi się przymilanie przypadkowym panom, którzy mogli by na mnie spojrzeć, a których estetycznie mogłabym obrzydzić.

Kobiety….my siebie za dupę do góry powinnyśmy ciągnąć, a nie szukać co by tu sobie nawzajem jeszcze wygarnąć…

 

Przewodnik po Katalończykach – czyli związki z południowcami

Mieszkając prawie 7 lat w kraju Gaudiego myślałam, że odkryłam już wszystkie różnice kulturowe i nawet zdążyłam się do niech przyzwyczaić. Nic bardziej mylnego….To, że Hiszpanie kolacje jedzą o 23-ciej, czy to że spieszyć się nie lubią to jedno, ale to co oznaczają dla nich ustalone daty w kalendarzu to zupełnie inna historia.

 

Posiadając faceta co często i gęsto sieje „no problem” niestety spowolniło mnie w odkryciu prawdy o realnym znaczeniu „planowania” a tu nie mała niespodzianka się kryje. Okazuje się, że Hiszpanie jak diabeł święconej wody boją się jakiś dat ustalonych z wyprzedzeniem dłuższym niż 3 dni…My Polacy, ustalone daty np. obiad z kuzynami, traktujemy jako potwierdzone z wyprzedzeniem zdarzenie, na które oczywiście wcale dotrzeć nie musimy, bo przecież różne rzeczy mogą się wydarzyć po drodze.

 

Dla Hiszpanów ustalenie daty z wyprzedzeniem jest jak przyparcie do ściany z wrzuceniem 90kg zobowiązania na barki, bo wychodzą z założenia, że przecież różne rzeczy mogą się wydarzyć więc nie ma co ustalać tyle naprzód… Zatem jak widać obie strony wiedzą, że zaplanowane wydarzenie może nie dojść do skutku, ale nasz stosunek do planowania jest zupełnie inny…

 

W Polandii kochamy się w przed-sezonowymi wyprzedażami wycieczek, które śmiało można planować na 8 miesięcy wprzód. Taki plan jest niczym latarnia na środku wzbitego biurowego morza na którą się czeka cały rok. Natomiast dla Południowców to jak przystawienie pistoletu do głowy i wymagania podpisu krwią…bo oni wakacje planują tydzień wcześniej. I pomimo, że oboje chcemy tego samego, każde z nas ma inną drogę do tego celu.

 

Jak powiedzieć Hiszpanowi, że może za rok można by było tak pomyśleć o założeniu rodziny, to gwarantuję 2 różne reakcje. Argumenty wiekowe, odkładając nawet na bok, po południowca nie przekonują żadne 4-ki z przodu. Polska wersja na taki subtelny planning byłaby pełna gratulacji za brak ciśnienia, że tak temat rzucony, bez pośpiechu …a tu po hiszpańskiej stronie życia podanie specyficznej daty, pomimo że orientacyjnej jest jak odłączenie kabelków od bomby, która dalej głośno tyka. Prawdopodobne jest, też że znajomi takiego delikwenta na taki tekst, kupują już wieniec pogrzebowy bo jak żyć z takim stresem „planowanym”.

 

Tak samo z weekendami, bo tutaj człowiek szczęśliwe planuje wyprawy, grille i inne atrakcje z wyprzedzeniem, żeby zgrać wszystkich a tu zonk. Hiszpańskiej połówce zbiera się na życiowy foch to wyrzygania o nie braniu jego potrzeb pod uwagę. Bo jak się okazuje, tutaj planuje się w sobotę rano, co by się robiło z całą ekipą w sobotę wieczorem, zatem nigdy słowem się chłop z wyprzedzeniem nie odezwał…bo owego wyprzedzenia nigdy nie ma.

 

A ja se myślałam, że na polskie realia to słaby strateg jestem, no pomimo że słowa dotrzymuje, to zawsze albo zapomnie albo zmiennie zdanie w ostatniej chwili albo się spóźnię – o taki lekkoduch. A tu się okazuję, że mnie do Niemców porównują, że na przeciwnej stronie spontaniczności wrzucają? Ale że mnie? Że co?  No ale jak się wróbla do kolibra porównywać, to można nazwać go spasionym przerośniętym grubasem …w sumie.

Ciekawe jakie w nas różnice kulturowe siedzą, tak głęboko zakorzenione, że ciężko jest je nawet nazwać po imieniu. A zanim się człowiek zorientuje ich przyczyny, jest już od kroku sprzedania pięści w nos swemu lubemu z dorzuceniem focha na miarę „kanapa Twoja do końca miesiąca”….

 

Jak zdać prawo jazdy za granicą, czyli kilka nieużytecznych rad…

Przeczytanie całego podręcznika i to kilka razy, napewno nie przybliży Cię do upragnionego celu…przynajmniej nie w Hiszpanii …Przerabianie testów każdego dnia, ale to każdego dnia i to po minimum 2 godziny, również nie wydaje się tajnym sposobem na ogarnięcie tych, jakże to podchwytliwych pytań. Każde pytanie ma za zadanie bogacenie hiszpańskiej gospodarki a nie sprawdzenie Twojej wiedzy, jeśli chcemy upatrywać prawdę w oczywistości. Zatem jak się zdaję prawo jazdy (i to nie tam praktyczne, bo tam jeszcze nie dotarłam) w pięknej słonecznej Hiszpanii, w której jak 5 opłatków śniegu spadnie pogrąża się w panice?

Z pewnością bardzo dobra znajomość hiszpańskiego może się przydać, bo na testach będą czyhać podchwytliwe struktury, składnie i podwójne zaprzeczenia …Zatem jak masz poziom tego języka średni…to przygotuj się na płacenie dodatkowego podatku… No cóż, jak to się mawia – Jak ktoś nie ma w głowie to ma ..w dupie, jakby moja mama by dokończyła, ale ja się ośmielę dodać odmienną frazę – to ma się pusto w portfelu.

Profil osobisty również przekłada się na zdawalność, zatem wszyscy Ci co nie mieli do czynienia z poprawkami egzaminów w swoim życiu, mogą się przygotować na małe dupczenie ego bez przyzwolenia i bez lubrykanta…Ale nie obejdzie się zarówno bez tych śmiałków co myślą, że testy są po to aby sprawdzić posiadaną wiedzę. Ci również mogą się przejechać. Zatem najlepiej nie brać personalnie do siebie niepowodzeń o to z takich dupereli. Nie ma tracić motywacji nawet jak bliscy zaczynają doszukiwać się u Ciebie dysleksji czy też przełożeni czarująco sugerując, że w ich kraju po paru niezaliczonych teoriach, dostaję się skierowanie na obowiązkowe badanie psychiatryczne.

Sukces tkwi w szczęściu i bug-u, który ewentualnie może się przyczynić to zjebania systemu do tego stopnia, że w końcu przy nazwisku pojawi się magiczne słowo “aprobado”. Może się jeszcze przydać optymistyczna postawa, która nie podpowiada focha na cały kraj, na wszystkich ich przedstawicieli i na te urzędowe zabawy w kotka i myszkę. Trzeba być optymistycznie nastawionym do okradania z pieniędzy, które później okradane będą przez innych państwowych urzędników. Piękno w przepływie gotówki trzeba dostrzec, aby nie wątpić w sens posiadania tego magicznego plastikowego kawałeczka papieru, który warty tyle co 2 nowe karabinki pneumatyczne w sensie gazowe.

Jak już ten aromat róży wydobywającej się z jednej wielkiej kupy, dostrzeżemy to pora będzie na tyle samo samozaparcie do przystąpienia do praktyki!

Piotrze, sam widzisz… jest jak jest.

Zaniedbany blog, bo nie mam na co narzekać, no może raz na dwa tygodnie do czegoś się doczepię, ale nie ma jakiś większych dramatów…

I o czym pisać? Że dobrze? Że po 18 latach randkowania znalazłam cierpliwego, jednego z którym i pogadać można i pośmiać i nawet do łóżka pójść? I o czym pisać, że marzenie własnej firmy się realizują i od momentu kroku w tył, zrobiłam z 4 do przodu? O czym pisać, że pierwszy raz od 6 lat znowu mnie polska polityka wkurwia? Ehhh….nawet zdrowie w kupie się trzyma..no może nie włączając kostki rozjechanej w konsekwencji nieogarnięcia schodów i whatsappowania w tym samym czasie?

Nawet z mamą się pogodziłam….więc drogi Piotrze jak widzisz, wszystko spokojnie idzie jak u cywilizowanej osoby…dramatów nie ma. Ba! Nawet do mojego ukochanego sportu wróciłam (strzelectwo sportowe), z wielkim apetytem powalczenia o jakieś medale w Hiszpani! Może stara się zrobiłam i na dojrzalsze lata jakoś tak bardziej się ogarniam? Zaczęłam odpuszczać więcej i nie marnować czasu na rzeczy, których zmienić nie mogę. No może oprócz rzucania gęstymi kurwami jak drugi raz oblałam teorię na prawo jazdy. Se pozwolę powtórzyć…A niech ich chuj strzeli z tymi hiszpańskimi testami…kropka.

Jak już przy tej starości jesteśmy, zaszczyt mnie kopną i na święta w końcu napierdalałam tego biednego lokalnego Caga Tio wraz z bandą rozkrzyczanych dzieci (tak tak, w Kataloni trzeba zlać klocka drewnianego, jak się chce się jakieś prezenty wyhaczyć, bo Mikołaj tutaj nie dolatuję …oczywiście). O co kaman, więcej tutaj.

Oh… a kto to Piotr? Eeee no to muszę jakiś wstęp zrobić, co nie?! A więc Piotr to jeden z najbardziej oddanych śledzących tego bloga, który się tak po ludzku martwi jak za cicho u mnie. Zrozumiałe!

Piotr był nerwusem, z którym miałam przyjemność pracować jeszcze za czasów Polandii i tych naszych uroczych korporacji. I o Piotra to ja się bałam, bo każdego dnia myślałam, że z nerwów mi na jakiś zawał zejdzie…a szkoda by była, tak piękną żonę zostawiać i córę utalentowaną i psa słodkiego…No nic, Piotrze melduje, żyję i wino piję. A co do zawałów i Piotr rzucił cholerstwo korpo i podążył swoją drogą. Respect!

A tak na boku tego meldowania, to często wracam myślami do czasów, kiedy przyjeżdżałam do tego kraju z oczekiwaniem jakiś wenezuelskich melodramatów na każdym kroku. I tak se myślę z biegiem czasu, jak napotkani ludzie potrafią wnieś cudowne chwilę, jak wdzięczna się zrobiłam, za przyjaciół którzy zostali i trwają. Ci co przeminęli, wnieśli również wartościowe lekcje do mojego życia, oprócz tego, że większość czasu jadę po nich. Jestem kim jestem, dzięki ludziom których znam, kocham i podziwiam jak i przez tych których lubię trochę mniej.

Lipska Ty to jednak szczęście masz i chuj!

Kiedy deprecjacja nas jako kobiet…nie jest cool – czyli o tym, że już mnie nie śmieszą seksistowskie komentarze

Kiedyś myślałam, że aby pozostać cool laską to trzeba się śmiać najgłośniej z dowcipów o głupich babach i przy każdej nadarzającej się okazji, pojechać sobie po rajtach z tekstami – a bo blondyna jestem.

Dziś wystarczająca stara jestem, aby dostrzec nonsens i głupotę w dyskryminacji i umniejszania czyiś zasług tylko dlatego, że waginę się nosi pomiędzy nogami. Generalnie daleka jestem od feministycznych tesktów, że wszyscy po równo, bo nie zamierzam w kopalni pracować i zgadzam się, że pewne różnice pomiędzy nami są.

Ale rzecz tutaj rozbija się o wpychanie nas w pewne stereotypy, które są po prostu niesprawiedliwe. I tak na przykład, uznanie, że prać i sprzątać powinnam ja, bo kobietą jestem …jest co najmniej absurdalne. Ale jak ktoś umniejsza mojej pracy, to już mi gula skacze porządnie. Ja rozumiem, że praca cały dzień przed komputerem, wygląda na relaksującą…zwłaszcza jak się pracuje zdalnie i nie rzadko również w piżamie. Nie mniej jednak czasy się zmieniły i tak oto pracą nazywa się również selfie w nowych ciuchach i blogowanie…i nic w tym złego, bo jak jest popyt to i jest podaż. Teraz już nie tylko praca w fabryce definiuje “ciężkość pracy” bo przysięgam, że czasem tak się umorduję przez te maile i dziwne zapytania, że już wolałabym przenosić siaty z gruzem..przynajmniej w tym dniu.

Wkurwia mnie, mówiąc bardzo dosadnie, kiedy bliscy mi pojadą, niby to w żartach niby pół serio, że mogłabym posprzątać mieszkanie skoro nic nie robię cały dzień…Albo że posiadanie sprzątaczki, która by zajrzała raz na tydzień i ogarnęła prasowalnie i porządne odkurzanie…to wydatek zbędny, bo przecież zaoszczędzoną godzinę mego życia, bo przecież nie mojego mężczyzny to marnotrastwo, skoro i tak beztrosko ją wydaję na siedzenie i oglądanie programów przed kompem. I teraz…taka sytuacja nie ma miejsca nigdy biorąc za przykład mojego lubego…Jemu nikt nie zarzuca, że pracę ma nie na serio i że po robocie powinien zapierdalać z porządkami i gotowaniem. Z niego nikt nie żartuję, zarzucając że praca jego polega na oglądaniu filmów cały dzień…No nikt nie pojedzie po nim, bo przecież po pierwsze jest facetem i jego praca jest podstawą rodzinnego budżetu (chroń mnie boże…) jak i jest tak na serio, bo przecież musi się wbić w koszulę i rozmawiać z klientami w cztery oczy a nie jak ja …online.

Choć co do koszul, to i mi się zdarza ponosić, może niekoniecznie pasującej ze spodniami dresowymi, ale tego nikt na skypie nie widzi.

Sorry…ale to że jestem babą, nie plasuje mnie na pozycję głównej zarządzającej domowymi powierzchniami do sprzątania. Praca z domu…co dosłownie oznacza używanie domowego IP, nie jest mniej znacząca niż jaka inna praca wykonywana w modelu bardziej tradycyjnym. Przeliczając sobie moje stawki godzino-pracy mogę śmiało powiedzieć dość dużej części męskiego grona – Możecie się walić.

Kiedy czas powiedzieć …dowidzenia

Jestem okropna w mówieniu dowidzenia…Nienawidzę rozstań, nienawidzę swojej bezsilności….

Niestety po dwóch wspaniałych latach z moim ukochanym psem, przyszła pora ukrócić jej cierpienia…Choć wiem, że jest to konieczne bo młoda ledwo chodzi, prawie nie je i wyniszczenia powoli dopadają jej umysł…Nie wiem czemu w tym wszystkim czuję się jak morderca…

Może przez to, że przez ostatnie 18 lat nie jem mięsa bo serce mi pęka jak widzę, jak ludzie potrafią być okrutni…Może przez to, że to ja musiałam zadzwonić do weterynarza i umówić się oficjalnie na podanie jej zastrzyku…czuję się okropnie, że jutro muszę tam pojechać i ostatni raz się w nią wtulić.

Może dziś nie wygląda jak za czasów świetności, bo kiedy została przygarnięta ze schroniska tylko piękniała! Pani Fat Face na koncie ma nawet występ w reklamie…no może paru sekundowy bo nie spodobała jej się aranżacja i postanowiła zagrać minimalnie. Za to jej rozpłaszczona buzia do tej pory trzepie kasę dla firmy w której pracowałam. Jest główną twarzą witającą właścicieli zapisujących się na newsletter.

Żurek jest też znana z bycia największym chrapaczem możliwych i miała dar wybudzania nawet sąsiadów….

Jest też znana z bycia kotem, bo jej zachowanie jednoznacznie wskazuje spokrewnienie z jakimś leniwym kotem niż z psem. Chodziła swoimi ścieżkami, przytulać się przychodziła jak miała ona na to ochotę a nie na żadne tam wołania….

Jest znana również z …puszczania bąków…do takiego stopnia, że wymówili nam miejsce biurowe, bo “zatruwała spokój innych podnajmującym”…

Z jednej strony można by się wydawać, że nie jest bystrym psem bo nie ogarniała niczego ale z drugiej perspektywy jak na kobietę przystało…prawdziwa z niej manipulatorka. Tak potrafiła zakrecić wokół łapy naszego wilczurka, że ten zawsze otwierał drzwi do sypialni, żeby Żurek miała łatwy dostęp do mnie i do próby wybudzenia.

Choć kobita łatwego życia nie miała, bo jakiś chuj wyrzucił ją na ulicę na której prawie umarła…zwłaszcza, że przez zaniedbanie prawie nie widziała….Właśnie przed oczami mam jej buźkę wyglądającą z boksu w schronisku. Wyglądała na spokojną i niestresowaną jak cała reszta, ale za to ciekawską…co wyszło po czasie, że generalnie nie widziała to też za bardzo nie wiedziała dlaczego inne psy zaczynają wyć. Operacja oczu odbyła się w pierwszych tygodnia naszej przygody. Wyglądała zaciekawiona a na Rikkiego zareagowała jak na starszego brata od pierwszej minuty…choć to on jest od niej sporo młodszy.

Wilczur jedyny ze wszystkich napotkanych psów pozwalał jej być męczonym, bo Żur potrafiła wytarmosić mu ogon i skakać na głowę, ale tylko wtedy kiedy nie reagował. Śmieszny duet z nich, duży i bystry, grubiutka i słodka!

Ciekawe, że tak potrafimy się zżyć z psem, że traktujemy zwierzaki lepiej niż siebie samego wielokrotnie.

Może dlatego, że one mają w dupie czy jesteś sprzątaczką w Tesco czy dyrektorem wielkiej korporacji, one Cię kochają takim jakim jesteś..nawet z Twoimi humorami i wahaniami nastrojów przedokresowymi…kochają Ciebie z makijażem i bez, w dresie czy w pięknej sukience…w sumie w pięknej sukience kochają Cie jeszcze bardziej, bo reagujesz śmiesznie jak właśnie postanawiają w nią wytrzeć swój brudny nos.

Kurde…po tylu latach to może powinnam być jakąś twardsza do cholery jasnej…. ale nie umiem, bo kocham całym sercem i jak pora nadchodzi, aby się rozstać, kawałek serca odjecie razem z Tobą Żureczku…